Nie przeszkadzają mi tiutiające matki. Matki są różne. Przeszkadza mi natomiast sytuacja, kiedy tiutianie przenosi się z placu zabaw do gabinetów lekarskich. Kiedy oczekuję od kogoś rzeczowości, a dostaję papkę dla niemowląt, tylko dlatego, że jedno potencjalne noszę w środku.
REKLAMA
Lekarze, o ile nie są skończonymi bucami, zwykle świetnie wyczuwają, z jakim klientem muszą się użerać. Kiedy pocieszać, kiedy tłumaczyć, kiedy huknąć. W szpitalu naoglądałam się mnóstwa błyskawicznych przemian z doktora Jekylla w pana Hyde’a i z powrotem. Pani, która robiła mi prenatalne na Młodą, najwyraźniej jednak albo się nie zorientowała z jakim typem rodzica ma do czynienia, albo zdziecinniała do szczętu.
Kobita, mimo, że wiedziała z karty, czemu przychodzimy i że raczej oczekujemy konkretów, przez pół godziny rozwodziła się nad paluszkami u stópek Młodej, pokazywała bródkę, nosek, oczka, wstydliwie chyba raz użyła twardego słowa pęcherz i równie nieprzyjemnego kręgosłup, po czym płynnie przeszła do bezpiecznych rączek i główki, nawet mi pokazała („słodko zawiniętą, jak precelek”) pępowinkę. Dopiero z papierowego wyniku dowiedziałam się, że odpływy z serca są prawidłowe, że nie ma rozszczepu podniebienia, że kończyny, oprócz tego, że śliczne, są jeszcze odpowiedniej długości.
I tak się zastanawiam. Jakby wyszło coś jednak nie bardzo. Jakby pokazały się „markery aberracji chromosomalnych”. Byłoby: no, proszę pani, tu wszystko jest takie kochane, ale może być Downik? Pani dziecko może mieć wodogłowie, taki hydrocefalusik nam wychodzi maleńki? To czarne widzi pani, taki robaczek, to chyba jelitko niedrożne, trzeba zbadać?
Ja nie wiem, może faktycznie „downiątko” nie puchnie tak w ustach, ale czy to znaczy, że łatwiej jest je przełknąć?
Leżę z Juniorem na oddziale noworodkowym w dwuosobowym pokoju dla matek z dzieckiem. Rotacja jest duża. Przychodzą, wypisują się, nie wierzą, godzą się, płaczą, przyzwyczajają. Drą szaty albo nic nie mówią. Ale w końcu każda pęka, bo co tu robić cały dzień, można umrzeć z nudów. Jak ma na imię, ile już ma, jaki spokojny. Co mu jest. No i moja chwilowa współlokatorka, matka dwojga, z synkiem zdiagnozowanym i opanowanym, po miesiącu pobytu w szpitalu, na wypisie już z zaleceniem operacji za pół roku, z rozbrajającą szczerością wzrusza ramionami i mówi: wie pani, ja to nie wiem, coś ma z serduszkiem, mówili co, ale ja się na tym nie znam kompletnie.
Zdaję sobie sprawę, że nie każdy musi mieć konstrukcję psychiczną podobną do mojej. Że nie każdy ma Męża-Robota, który w miarę możliwości wszystko sprawdzi, ogarnie, wytłumaczy. Że komuś innemu wróżba wyproszona od lekarza prowadzącego przy wypisie, mnie przynosząca spokój związany z wytyczeniem granic, mogłaby przynieść tylko czarną rozpacz. Naprawdę uważam, że nie każdy musi bawić się w doktora i że czasem częściowe wyparcie jest najlepsze dla rodziców i dla dziecka. Ale.
Na miłość boską. Jeśli nie jesteś w stanie lub nie chcesz rozumieć, na co choruje twoje dziecko, to się nazwy choroby naucz na pamięć na pałę albo napisz na kartce i noś w portfelu. Tamten chłopczyk miał szczęście – w razie wojny, gdyby nie daj boże zasłabł na pikniku rodzinnym albo w autobusie, ludzie z pogotowia wiedzieliby przynajmniej, że kłopot jest z „serduszkiem”. Bo serduszko pasuje do niemowlaczka. A gdyby miał coś z brzuszkiem? Śledzionka jest mniej dziecięca. Nereczka nie całkiem. Wątróbka odpada.
W żołądeczku czuję chłód, kiedy o tym pomyślę.
