
Junior był planowany. Ani my młodzi całkiem, ani totalnie w rzyci, życiowo zaradni, gospodarczo wydolni. A mimo to, mimo że zapowiadany i ogłaszany, był tabletką trochę trudną do przełknięcia. Trochę stawał w gardle, ale jak już musicie, to róbcie. Choć lepiej byłoby najpierw doktorat, mieszkanie większe, psa sprzedać. Popodróżować, życia użyć, bo potem wiadomo – mogiła.
REKLAMA
[Mimo choroby dziecka, w pierwszym półtoraroczu życia Juniora zaliczyliśmy - razem lub osobno, w każdym razie bez niego - Zagrzeb, Lizbonę i Dubrownik]
Z Młodą było jeszcze gorzej. Też robiona oficjalnie, zapowiadana, że od razu, bo chcieliśmy szybko. Na co wam to. Jedno odchowajcie, zobaczycie. Gdzie wy to dziecko zmieścicie. Za co będziecie żyć. No chyba żartujesz.
[Noooo, my oczywiście wychowywaliśmy się w pałacach, mój Mąż miał nawet własną szufladę do spania. A co mieliśmy zobaczyć, mogę sobie tylko mgliście wyobrażać, bo nadzieja, że Junior da nam na tyle w tyłek, że nam się odechce, skiełzła.]
Kiedy już się zagnieździła, teściowie się zafrasowali. Bo dwa pokoje. Bo bez etatu. Bo Junior taki mały jeszcze. Wielka Matka w swoim stylu nie traciła czasu na czcze rozważania – po prostu rzuciła słuchawką i obraziła się na mnie.
[Trudno się dziwić - dwójka planowanych, chcianych dzieci przed trzydziestką to w końcu szczyt patolstwa i nieodpowiedzialności. To już lepiej byśmy kradli.]
W ciąży był luz. Nie ma co dyskutować z wariatami, tak być musi najwyraźniej. Tuż przed rozwiązaniem niepokój wrócił. Wyśpijcie się na zapas. Jak wy sobie poradzicie. No, Mężu, teraz odpoczywaj, bo potem to [westchnienie] [westchnienie westchnienie] [westchnienie westchnienie westchnienie]
[Jeszcze, odpukać, nie miałam nieprzespanej nocy. Ani jednej. Na karmienie nastawiam sobie budzik. Mąż śpi jak bobas, on nawet karmić nie musi.]
[Jeszcze, odpukać, nie miałam nieprzespanej nocy. Ani jednej. Na karmienie nastawiam sobie budzik. Mąż śpi jak bobas, on nawet karmić nie musi.]
Ale najlepsze i tak czekało po przyjściu Młodej na świat. Mój przyjmujący gratulacje małżonek dowiedział się mianowicie, raz dosłownie, a kilka razy między wierszami, że jest odważny.
W dupach się poprzewracało.
Odważni to byli Amundsen, kapitan Nowicki z Tomka Wilmowskiego i powstańcy-straceńcy. Odwagę to trzeba mieć, żeby powiedzieć na forum, że jest czarne, jak wszyscy mówią, że jest białe, żeby się na głos przyznać, że się coś grubo spieprzyło, żeby spojrzeć w twarz komuś, komu się w nią wcześniej niesłusznie napluło i przeprosić. Można się czasem odważyć i rzucić wszystko, przekreślić, zerwać, szukać siebie na nowo, wbrew światu. Ale jaka odwaga na miłość boską jest potrzebna do świadomego płodzenia potomstwa?? Nie czułam się bohaterką rodząc Juniora, nie żądam medalu za donoszenie Młodej.
Bycie matką jest sprawą całkiem naturalną, normalną i powszechną – pisze LucyEs. I ma rację, bo 7 miliardów ludzi oznacza 14 miliardów rodziców, z których każdy sobie jakoś poradził. Lepiej lub gorzej, zgoda. Ale średnio raczej na plus.
Po mojemu, obranie rodzicielstwa z tego puszącego się heroizmu wyszłoby mu na zdrowie. Młodzi nie baliby się superrodzica, którym nigdy nie będą, nie musieliby wzywać superniani, żeby wychowywała ich potomków na superdzieci. Mieliby więcej czasu i chęci na wspólne popełnianie błędów, bo by się nad tymi błędami nie roztkliwiali. Nie traktując każdego kroku w kategorii przekraczania siebie, szliby pewniej i równiej. A i dzieci by się mniej potykały, bo nikt by im pod nogi nie rzucał kłód z graniczącego z szaleństwem poświęcenia, wyrzeczeń i odejmowania sobie od ust.
Ale może ja się nie znam. Może zrozumiem, jak się odważę na trzecie.
TSM
