Znalezione na ścianie jednej z odwiedzonych kafejek:)
Znalezione na ścianie jednej z odwiedzonych kafejek:) fot. Agata Szczotka-Sarna

Tydzień w Helsinkach to miejska część naszych tegorocznych wakacji. Naszych, czyli rodzinnych. We trójkę – ja, mąż i syn – przebyliśmy Bałtyk, by spędzić czas ze znajomymi (raz jeszcze DZIĘ-KU-JE-MY za zaproszenie i fantastyczne przyjęcie!) i poznać stolicę Finlandii. Lubię miejskie wakacje, bo odkrywanie zwyczajów i szukanie rozwiązań, które sprzyjają minimalizmowi oraz spowolnieniu tempa, w każdym kraju wygląda inaczej. Oto moje fińskie odkrycia.

REKLAMA
#1 Groszek cukrowy
Pierwszego dnia wybieramy się popływać. Oliwia, która wraz z rodziną gości nas podczas fińskich wakacji nie może z nami iść, bo pędzi do pracy. Wręcza mi jednak paczuszkę w groszkiem. Zakładam, że po prostu chce go wieczorem ugotować, więc grzecznie opiekuje się tym groszkiem do końca dnia. I gdy wieczorem spotykamy się znowu, Oliwia ze śmiechem pyta, dlaczego go nie zjedliśmy. Wtedy dowiaduję się, że cukrowy groszek to jedna z popularnych sezonowych przekąsek. Tak jak truskawki, jagody, czy maliny, można go kupić na każdym ulicznym straganie. No może nie tak samo, bo groszek znika ze stoisk błyskawicznie, a przechodniów z woreczkami pełnymi charakterystycznych zielonych strączków mijamy co kilka kroków. Gdy już wiem to wszystko, nie dziwią mnie piknikowe ślady w postaci porzuconych pustych strączków, które odkrywam podczas spaceru przez wyspę Suomenlinna.
logo
Groszek cukrowy znika szybko ze straganów zostawiając na trawnikach ślady słodkiego chrupania:) fot. Agata Szczotka-Sarna

Zapomniałam, jaka to radość. Wyłuskiwać ziarna i chrupać je niczym drażetki. Słodki groszek jest prostą i smaczną przekąską: nie wymaga gotowania, łuskanie zajmuje dłonie i pozwala się skupić na czynności powtarzalnej, dającej zmysłowe rezultaty w postaci pojawiających się na dłoni zielonych, pachnących świeżością i soczystych ziarenek. Fiński traktat o łuskaniu groszku to moje wakacyjne odkrycie w kategorii pyszne przyjemności.
#2 Chwila na kawę
Kahvila. To słowo widujemy podczas spacerów bardzo często. Choć oznacza kawiarnię, dla mnie – gdy czytam je zgodnie z polskimi zasadami – brzmi jak ka chwila. Chwila na kawę, czas na przerwę, moment by się tą kawą, przerwą, a może i dobrym towarzystwem delektować. Delektować można się także bułeczkami z kardamonem, co oczywiście robimy. Jak mówią mi gospodarze, w Finlandii przerwa na kawę i ciacho nie jest tak zinstytucjonalizowana jak w Szwecji fika, ale liczba kafejek i pyszne bułeczki zachęcają do praktykowania takich przerw jak najczęściej.
logo
fot. Agata Szczotka-Sarna

#3 Miejski azyl
O Kamppi Chapel czytam jeszcze przed wyjazdem i wiem, że to jedno z miejsc, które chcę odwiedzić. Udaje mi się zrealizować ten zamiar już na początku pobytu i… Podzielam zachwyt na architekturą Kamppi Chapel. Szczególnie przemawia do mnie wnętrze z dwunastoma prostymi ławkami, świecznikiem, jasnymi ścianami z drewna, filcowymi pufami zapraszającymi do relaksu oraz dyskretnie wpadającym światłem. Jednak po wizycie w tym miejscu naszła mnie pewna refleksja dotycząca funkcji tej przestrzeni. Właściwie wszystkie przewodniki i ulotki podkreślają, że jest to miejsce, które – choć usytuowane z pobliżu jednego z najbardziej ruchliwych punktów miasta – pozwala na chwilę ciszy, medytację, odkrycie spokoju wśród zgiełku miasta. Mam wątpliwości. O Kamppi Chapel jest tak głośno, że drzwi właściwie się nie zamykają – wciąż napływają odwiedzający. Wielu z nich ignoruje zakaz robienia zdjęć, część przybywa w dużych grupach, które nawet jeśli są milczące, wnoszą odgłosy kroków, odpinanych plecaków. Moim zdaniem trudno w tych warunkach o spokój i równowagę.
Doceniam pomysł miejskiego azylu i cieszę się, że może on być tak piękny, ale rozgłos zdecydowanie nie służy oddawaniu się zajęciom, dla których ta przestrzeń została stworzona. Nie robiłam zdjęć w środku, te z powodzeniem znajdziecie w internetach. Zrobiłam za to zdjęcie, które pokazuje jak, mimo pierwotnego celu i prostoty przestrzeni, zewnętrzne otocznie uderza w Kamppi Chapel swoimi krzykliwymi kolorami, odgłosami i tandetnymi materiałami. A może plastikowe dziecięce rowerki zaparkowane przy wejściu to po prostu sygnał, że najmłodsze pokolenie od wczesnych lat szuka spokoju?
logo
Dziecięce rowerki zaparkowane przed wejściem do Kamppi Chapel fot. Agata Szczotka-Sarna

#4 Jedna taka sukienka
Ponieważ wciąż szukam rozwiązań, które pozwolą mi utrzymać porządek i minimum ubrań w szafie (w ostatnim poście pisałam o przemyśleniach po lekturze „Slow Fashion”), aktualna wystawa w helsińskim Design Museum była dla mnie niezwykle inspirująca.
„Antologia mody fińskiej” to przegląd zjawisk i zmian w przemyśle odzieżowym od lat 50 do dziś. Za najciekawsze uważam wątki pokazujące poszukiwanie uniwersalnych, prostych wzorów. Z opisów kilku eksponatów wyłoniła się lista cech, które pomagają zdefiniować minimalistyczną garderobę:
• nacisk na funkcjonalność strojów, ich praktyczność
• dobór materiałów (naturalne, mieszczące się w nurcie zrównoważonej produkcji)
• prostota kroju
• budowanie kolekcji (szafy ) tak, aby poszczególne elementy dały się łatwo komponować w zestawy
• ograniczone zdobienia
• pod prąd ‘szybkiej’ mody (trwałość, ponadczasowe wzornictwo, łatwość zestawiania)
Niby proste. Idea garderoby kapsułowej, w której wszystko do siebie pasuje, a niewielka liczba sztuk odzieży pozwala stworzyć wiele zestawów na różne okazje, nie jest przecież nowa. A jednak na wystawie znalazłam rewelacyjny przykład wcielenia tej idei w życie: Faithful Dress. Zakochałam się w tym projekcie. Już nazwa wiele mówi. Sukienka, która jest Ci wierna – nie opuszcza Cię, towarzyszy Ci w różnych sytuacjach, a dzięki temu, że została wykonana solidnie i z trwałych materiałów, możesz liczyć na to, że spędzicie razem wiele lat. Ona będzie wierna Tobie, Ty – jej. Twórcy Faithful Dress z pracowni Samuji piszą o niej, że została zaprojektowana jako ciuch, który może być noszony przez każdego, w każdej sytuacji.
#5 Muzealne drobiazgi
Spacery po muzeach to w ogóle kopalnia pomysłów. Wybrałam dla Was trzy drobne rozwiązania, które mogą uprzyjemnić zwiedzanie każdego muzeum lub galerii:
Ołówki --> jeśli jesteście fanami małych ołówków rozdawanych w Ikei, polubicie też fakt, że helsińskie muzea udostępniają ołówki dzieciakom. Dzięki temu najmłodsi mogą rozwiązywać przygotowane dla nich zadania albo zostawić w muzeum pamiątkę w postaci swojego dzieła. A dorosłe blogo-typy jak ja sięgają po ołówki, by notować w swoich notesach takie właśnie spostrzeżenia;)
Wejściówki --> podoba mi się, że zamiast klasycznych biletów w większości miejsc, które odwiedziliśmy, wejściówkę stanowiły naklejki. To już jednak standard. Coś nowego odkryliśmy za to w Kiasma – klipsy wielokrotnego użytku (bardzo eko!), które mogą się sprawdzić również jako zakładki do książki.
logo
Wejściowki do muzeum Kiasma - inne dla dzieci, inne dla dorosłych. fot. Agata Szczotka-Sarna

Sklepiki --> gorąco Was namawiam do uważnego zwiedzania także tej części muzeów i galerii. Celowo piszę o zwiedzaniu, nie o zakupach, bo bardziej niż o nie, chodzi mi o szukani inspiracji. Czasami może to być pomysł na zabawkę, innym razem propozycja stworzenia czegoś ciekawego. Chociaż książeczki typu flipbook-ruchomy obraz (zobaczcie jaką znalazłam!) były mi znane, dopiero teraz pomyślałam, że przygotowanie własnych, razem z synem, może być ciekawym pomysłem na spędzenie jesiennych wieczorów.
Mam nadzieję, że ten krótki przegląd zachęci Was do samodzielnego odkrywania Helsinek i dzielenia się wrażeniami z poszukiwania prostych radości. Po więcej impresji wakacyjnych i codziennych wpadnijcie na profil Sarniego Życia na Facebooku – zapraszam :)