Są dziesiątki rzeczy, do których namawiam swojego syna, mając na uwadze jego dobrostan. Codziennie staram się pomagać mu w wyrabianiu dobrych nawyków: myciu zębów po posiłku albo czytaniu przed snem. Dziś dla odmiany zerkam na to, jakie zachowania zaczerpnęłam od niego. Dzielę się tym, bo zaskoczyło mnie, jak często robiłam sobie to, czego jemu bym nigdy nie zrobiła, jak naruszałam swoje zasoby energetyczne, nie bacząc na sygnały, które wysyłał mój organizm.

REKLAMA
Zbierz energię
Kiedy myślę, że kilka lat temu z lekkością ducha zaczynałam dzień bez śniadania, zastanawiam się, jak to możliwe, że przetrwałam? Nie chodzi o to, że bywałam głodna jak wilk i zjadałam byle co, ale o to, że śniadanie oznacza czas i uwagę, które warto sobie poświęcić, by dobrze zacząć dzień. Teraz to wiem.
Karmienie oseska, a później małego żłobkowicza, wymagało pokazania, jak ważne są poszczególne posiłki, nauczenia, dlaczego ich nie pomijamy. Ucząc jego, nauczyłam i siebie. Teraz, gdy mój syn wstaje o szóstej i ma przed sobą niedługą, ale jednak pokonywaną na rowerze, drogę do przedszkola, nie wyobrażam sobie, że tuż po przebudzeniu mówię mu: „Daj spokój, jakie śniadanie, za trzy godziny zjesz coś w przedszkolu” (bo między pobudką a przedszkolnym śniadaniem tyle właśnie mija czasu). Więc sobie też nie mówię, że dotrę do pracy bez dostarczenia porcji energii swojemu ciału. I nie wmawiam sobie, że - choćby chrupiąca i wciąż pachnąca - drożdżówka kupiona i zjedzona w biegu to to samo, co szklanka świeżego soku i jajko na miękko spałaszowane przy kuchennym stole.
Dzięki temu zaczynam dzień dobrze, od tego, co lubię. Bo jem, to co lubię. Mój syn przechodzi kolejne fazy miłości i niechęci do wybranych potraw lub produktów i nie ma żadnych oporów, by to komunikować. Teraz pyszne są konfitury z owoców leśnych, pistacje i gruszki. Powtarza mi zawsze: „Każdy je to, co chce”. Korzystam z tej dziecięcej mądrości i też tak robię. A gdy mam dość - przestaję. To naprawdę aż tak proste. Owszem, nadal zdarzają mi się poranki bez posiłku, ale traktuję je jako odejście od normy, a nie normę. Tak samo jak te, gdy łapię coś w biegu, zamiast usiąść przy stole i cieszyć się tym czasem.
Przestałam też brać udział w zawodach na odwodnienie. Gdy organizm mówi, że usycha jak paprotka w zapomnianym zakątku urzędniczego gmachu, sięgam po wodę. Ale mówi coraz rzadziej, bo staram się nie wymuszać na swoim ciele takiego dramatycznego wołania. To zabawne, że w poradnikach dla rodziców zawsze piszą o tym, żeby dziecko nawadniać, żeby mieć pod ręką coś do picia, a zapominają dodać, że dotyczy to także rodziców. Widocznie nikt z autorów nie odwiedza biurowców w godzinach pracy, żeby móc wyjaśnić, że hektolitry najlepszej na świecie kawy nie zastąpią szklanki wody (o kawie w biurze innym razem;))
Działaj wytrwale i po swojemu
Najpierw dwie opowieści. Pierwsza jest o tym, jak czterolatek zobaczył w książeczce gofry i zapragnął zjeść gofry. A ponieważ wiedział, że najkrótsza droga do dobrych gofrów, to poprosić dziadka, aby przygotował ciasto, a babcię, aby je upiekła - przystąpił do działania od razu. Żadna tam prokrastynacja. Prośba - reakcja - działanie. Gdy tylko napotykał przeszkodę, oferował pomoc (sam wyjął z szafki to, co jego zdaniem potrzebne), szukał innych rozwiązań (mniejsza porcja, bo to wymaga mniej czasu). Wytrwałość w dążeniu do celu godna podziwu. Gofry były wyśmienite.
Druga opowieść jest o tym, jak autka stają się samolotami, a książki układają się w pas startowy dla tych samolotów, o tym, jak dinozaury stają się domowymi zwierzętami, które aportują kości, przepraszam - kredki i o tym, że bransoletki to tak naprawdę zagrody dla zwierząt. Za każdym razem obserwuję ten proces z fascynacją, radością i szczyptą zazdrości. Wychodzi na to, że nie ma jednego dobrego, słusznego sposobu używania przedmiotów. Wszystko jest kwestią inwencji i potrzeb użytkownika. Ważne, aby o tych swoich potrzebach pomyśleć i działać w zgodzie z nimi.
Wytrwale i po swojemu – to moim zdaniem kwintesencja skuteczności. Dzieci wydają się to rozumieć instynktownie.
Wypoczywaj
Sadzasz dziecko przed komputerem na osiem godzin, w międzyczasie wtykasz mu w rękę telefon, a wieczorem, przed zaśnięciem puszczasz bajkę na tablecie. Jasne, że nie, bo to nieludzkie i niebezpieczne. Skoro tak bardzo wzbraniamy się przed robieniem tego dzieciom, dlaczego nie mamy litości dla własnych oczu? Uwolnienie się od świecących ekranów to jedna z najprostszych form wypoczynku.
Inna, mniej oczywista, to sport. Nie kojarzymy go automatycznie z wypoczynkiem, bo obrazki sportowców wycieńczonych po zawodach i informacje o morderczych treningach budują mało zachęcający wizerunek sportu jako zabawy dla nadludzi. Tak może być w przypadku sportu wyczynowego, ale nawet jeśli wybrana przez Ciebie dyscyplina wiąże się ciężkimi, wyczerpującymi fizycznie treningami, zyskasz wolną głowę, odpoczynek psychiczny, o który moim zdaniem jeszcze trudniej niż regularny sen.
No właśnie – sen. Krótka drzemka w ciągu dnia (jeśli możesz, to korzystaj!), odpoczynek są bardzo ważne dla zdrowia i dobrego samopoczucia. Tak samo nocny, zdrowy sen. Niby banały, a tak często sami sobie ten sen kradniemy, bo książka, bo film, bo impreza. Ja tu nie wołam o ascezę, tylko namawiam do przemyślenia podziału doby/tygodnia/miesiąca, bo czas się nie rozciąga, a zmęczenie się kumuluje.
Dorosły też człowiek
Regularne i wartościowe posiłki, rozwijanie swojego potencjału w działaniu, wypoczynek - proste ludzkie potrzeby. Prędzej stanę na rzęsach, niż odmówię ich spełnienia swojemu dziecku, ale ja to co innego? Gdy czytam artykuły o tym, że dziecko to przede wszystkim człowiek, zastanawiam się, kiedy zapomnieliśmy, że dorosły to też człowiek. Z potrzebami, które pomaga spełnić młodemu członkowi rodziny, ale sobie już niekoniecznie.
Choć prowadzę znacznie bardziej świadomy tryb życia, niż kilka lat temu, wciąż widzę u siebie szansę na poprawę w tym obszarze. O tym właśnie jest ten blog: o prostych przyjemnościach, o poświęcaniu czasu na to, co ważne, o minimalizowaniu tego, co nieistotne.