
Gdybym miał wybierać pomiędzy nieustającymi atrakcjami a nudą, wybrałbym to pierwsze. Uwielbiam wciąż być zajęty. Tak więc w efekcie takiej tendencji rodzica, grafik zajęć moich dzieci wypełniony był zawsze po brzegi.
REKLAMA
Angielski, zajęcia teatralne, robotyka, przyroda, kółko matematyczne, basen, łyżwy i mnóstwo doraźnych atrakcji "na mieście". Wszystko to w imię edukacji.
Moje dzieci uwielbiały zajęcia dodatkowe. Chodziły na nie bardzo chętnie, często same wyszukując nowe. Bywało i tak, że ledwo zdążaliśmy ze szkoły, na dodatkowy angielski, czy kółko teatralne. Ciągle w biegu. W pewnym momencie sytuacja zmieniła się. Dzieciaki nie oczekiwały już oferty z naszej strony. Skupiły się na poszukiwaniu aktywności, które najbardziej trafiają w ich potrzeby, a często wykraczają poza standardowe zajęcia pozalekcyjne. Moja 11 letnia córka uczy się japońskiego i interesuje się wszystkim, co ma związek z japońską kulturą. 8 latka gra na skrzypcach – to jej pomysł – i z tym wiąże swoją przyszłość. Każde z naszej czwórki ma jakieś marzenia oraz plany i uparcie dąży do ich realizacji.
Do takiej zmiany potrzebowały między innymi choćby chwili spontanicznej „nudy”. Piszę to słowo w cudzysłowie, ponieważ nie oznacza ono nicnierobienia. Raczej chwilowy stan przejściowy, odpoczynek, refleksję oraz przygotowanie do następnej zabawy i nauki. Rzadko słyszę „Tato nudzę się”, a nawet jeśli to słyszę to najczęściej oznacza to poszukiwanie nowych możliwości.
