Fot. / 123RF Zdjęcie Seryjne

REKLAMA
To ja. Jestem uwięziona w związku, w który z własnej woli weszłam. Piszę do Was, bo wiem, że ktoś to przeczyta i ktoś mnie w końcu wysłucha. Ten list to krzyk. Mój wewnętrzny krzyk o wolność, miłość, zrozumienie i akceptację. Jestem mężatką, młodą kobietą, przypadkową matką. Mam synka, czteroletniego. To moja opoka, mój sens życia, ale też moje więzienie.
Moje więzienie to rzeczywistość, która ukształtowała się przez serię przypadków. To zabawne, jak okrutnie w swojej przyziemności splatają się ludzkie losy, łamią marzenia. Poznałam chłopaka na studiach. Historia jakich wiele… Pierwsza miłość, on przystojny, zaradny życiowo, ja niepewna siebie, poszukująca swojej drogi. To trwało chwilę. Zobaczyłam go, on mnie i wiedziałam już wtedy podświadomie, że nie wyjdę z tego spotkania samotna.
Tak też się stało. Burzliwa znajomość, częste kłótnie. Dużo miłości, to dużo złości, mawiała moja mama. Studia się skończyły. Ja zostałam z dyplomem, on też. Jednak okazało się, że zostało z nami coś jeszcze - byłam w ciąży. Reakcja? On - radość, ja - przerażenie. Gdybym tylko miała magiczną kulę przewidującą przyszłość… Dlaczego jej nie miałam…?
Urodził się. Zdrowy i piękny chłopiec. K. - mój mąż, teraz już mąż od 5 lat, był pochłonięty miłością do dziecka. Ja oczywiście też. Jednak moje różowe okulary, przez które oglądałam świat do tej pory, każdego dnia zyskiwały nową rysę. Zycie się zmieniło, a ja potrzebowałam mężczyzny, który potrafi zadbać o kobietę. Kogoś kto będzie mnie wspierał, kto zadba o moje potrzeby, kto przytuli i powie, że kocha. Czy to tak wiele?
On z każdym dniem się zmieniał. Już mu się nie chciało, może już nie musiał się starać? Już nie był dowcipnym i szalonym K. Stał się nudnym i mało interesującym chłopakiem. Ja przestałam go kochać. Dawno już zdałam sobie z tego sprawę. Nie chce go, nie pociąga mnie, nie dba o mnie, nie rozmawia ze mną, nigdzie ze mną nie wychodzi. Gdy się kłócimy mówi, że mnie kocha, że chce ze mną być… Dlaczego nie mam odwagi powiedzieć mu o moich uczuciach?
Ugrzęzłam w piasku, który powoli się zapada, a ja już nie mam siły bezustannie się z niego wykopywać. Tyle razy mnie zawiódł, nie pomaga mi w domu, nie reaguje gdy mówię, że jestem zmęczona, a gdy proszę go o pomoc, on woli oglądać telewizję.
Wracam zmęczona z pracy, po drodze odbieram dziecko. W domu czeka na mnie mąż. Dosłownie czeka! Myśli, że przyniosę zakupy, zrobię obiad, położę dziecko spać, a na koniec jeszcze pokocham się z nim. A ja? Nie mam siły. Dochodzę do momentu gotowania i moja motywacja spada. Nie mam w nim wsparcia. Nigdy nie wpadł na pomysł, że może to on zadba o pełną lodówkę, pranie, wyprasowane ubrania, ciepły posiłek. W jego mniemaniu to mój obowiązek, on przecież pracuje i należy mu się odpoczynek. Dodam tylko, że ja również pracuję. Rano sytuacja jest dokładnie taka sama. Wstaję wcześniej żeby zrobić śniadanie. Wyprawić synka do przedszkola. Ogarniam dom, siebie, dziecko. Zawsze ja.
Jednak K. nie jest złym ojcem. Bawi się z synem i stara się go dobrze wychować. Dziecko, to chyba jedyne co nas łączy. Tylko tyle i aż tyle.
Nie mam drogi ucieczki. Moją jedyną alternatywą jest powrót do mamy. Mogę z nią mieszkać, ale czy tego właśnie chcę? Mieszkania z matką? Czy moje dziecko tego potrzebuje? Czy ja mając 30 lat chce dla siebie takiej rzeczywistości? Nie stać mnie na rozwód, a tym bardziej na mieszkanie. Jak mogę pozbawić mojego dziecka ojca? Czy mam prawo żeby zniszczyć mu dzieciństwo? Wiem, że gdybyśmy się rozwodzili, on walczyłby o syna.
Tak bardzo chcę od niego uciec, że boję się oczywistego - on już zawsze będzie wracał do mojego życia.
Mam pewność - nie chce z nim być. Po raz kolejny, to powiem, nie kocham go. Moje uczucia wygasły. Siedzę w pracy i oglądam się za innymi. Widzę młodych i ciekawych świata ludzi, kobiety i mężczyzn bez życiowego bagażu. Zazdroszczę im, że mogą kochać i rozstawać się, że mają wybór! Dlaczego ja sama się go pozbawiłam - wchodząc niepewnie w związek z człowiekiem, który tak naprawdę był mi obcy? Wiecie co jest najgorsze? Nikt na mnie nie naciskał, nikt nie kazał mi wychodzić za mąż. Zrobiłam to, bo zaszłam w ciąże.
Jedyne co daje mi siłę do życia, to on - mój syn. Kocham go tak bardzo, że ta miłość pomaga mi przetrwać. Pomaga mi w codziennym zmaganiu się z życiem, którego nie kocham. Każdego dnia układam na nowo plan ucieczki z mojej celi. Jak zarobić tyle, żeby się usamodzielnić? Co zrobię z dzieckiem, gdy będę w pracy? Wiem, że sobie poradzę, mam w sobie siłę, jestem twarda i uparta.... Tylko w tej relacji zgubiłam siebie. Na nowo buduję swoją pewność siebie, swoje poczucie wartości.
Żal mi go, współczuję mu. On naprawdę nie ma pojęcia o tym, jak niewiele dla mnie znaczy.
Czy jest ktoś kto może mnie uratować? Ktoś kto pokocha młodą dziewczynę z plecakiem pełnym smutku i bólu…
A.