REKLAMA
To był wiosenny dzień, niewiele różniący się od innych. Tak przynajmniej wydawało się Emily i Ediemu, dopóki niespodziewanie nie natknęli się na gadającą wiewiórkę z pomocą której trafili do niezwykłej krainy – Lestorii. Tego dnia zaczęła się ich przygoda...

• Wydawca: Novae Res, 2015
• Format: 121x195mm, oprawa miękka
• Wydanie: Pierwsze
• Liczba stron: 224
Fragment:
rozdział 8
– Edi, Emily! Wstawajcie, przygotowałam śniadanie.
– Susan, proszę, jeszcze dziesięć minut – wymamro- tała Emily, przekręcając się na drugi bok.
– Przecież dziś niedziela, Susan, nie idziemy do szko- ły. Daj nam spać – dodał zaspanym głosem jej brat, wci- skając głowę w poduszkę tak, aby do jego oczu nie docie- rały promienie wschodzącego słońca.
– Kim jest Susan?
– Nie żartuj sobie, Su… – zaczęła mówić dziewczynka, ale przerwała w pół zdania, gdy otworzyła oczy i zoba- czyła, że stoi przed nią wielki biały królik z niebieskimi włosami.
– To ja. Serafina. Czy nie pamiętasz, że zostaliście u nas na noc? – zapytała niepewnym tonem królikowica.
– Przepraszam, Serafino. Wczorajszy dzień był tak męczący, że spałam jak suseł i całkowicie zapomniałam, co się stało i gdzie jestem. Obudzę Ediego i zaraz przyj- dziemy na śniadanie.
Królikowica wyszła z niewielkiej sypialni, pomalowa- nej na pomarańczowo i umeblowanej zielonymi łóżka- mi, komodą, szafą i stolikiem nocnym. Zasłony wykona- ne były z liści olchy, a na podłodze zamiast dywanu znaj- dował się miękki mech. Edi spał jak kamień i nie słyszał rozmowy gospodyni z siostrą, która teraz podeszła do jego łóżka. Próbowała oderwać go od pościeli, w którą wcze- pił się wszystkimi kończynami.
– Ed. Obudź się – powiedziała. – Śniadanie czeka.
Musimy zjeść, żeby mieć siłę na podróż do Alestanii.
Chłopiec zerwał się niespodziewanie na równe nogi i zaczął biegać po pokoju jak zahipnotyzowany, wołając:
– Gdzie są moje ubrania?! Gdzie są moje rzeczy? Musi- my się pospieszyć! Pospieszmy się, bo inaczej się spóźni- my! Szybciej, siostro, szybciej!
Kiedy Emi zaczęła się śmiać, a w drzwiach sypialni pojawili się zaniepokojeni krzykami Barney i Serafina, malec zatrzymał się i stał osłupiały, patrząc w ich stronę, po czym opadł bezsilnie na zielony mech.
– Czy coś się stało? – zapytał niepewnie królikowiec.
– Wybaczcie nam. Chyba zmiana klimatu nie służy zbytnio mojemu bratu i spowodowała u niego chwilo- wy obłęd. Jest w lekkim szoku, ale zaraz mu przejdzie. Nie martwcie się – śmiała się dalej Emily, podnosząc go z podłogi.
Kiedy chłopiec nieco się uspokoił i złapał kontakt z rze- czywistością, zajął miejsce przy stole w kuchni i uśmie- chając się z zakłopotaniem i wypiekami na policzkach, sięgnął po grzankę i miód.
– Jakie plany na dziś? – zapytała Serafina.
– Nie wiem, czy możemy oficjalnie o tym mówić – od­ powiedziała niepewnie Emi.
– Tutaj i tak wszyscy wiedzą o waszej wczorajszej wizy- cie w podwodnym mieście Kilsajden, więc domyślamy się także, że Gordon znowu gdzieś was weźmie – skomen- tował Barney.
– Alestania. Dziś udajemy się do krainy latających świ­ nek – powiedział Edi, który miał już więcej miodu na sobie niż na toście trzymanym w dłoni.
– Wczoraj umówiliśmy się z przewoźnikami na spo- tkanie przy jeziorze.
– Te ryby są takie piękne. Gdybym mogła mieć kape- lusz tak kolorowy i błyszczący jak one, byłabym najmod- niejsza w całej dolinie – westchnęła królikowica.
– Obawiam się, że nie miałabyś już gdzie go trzymać, kochanie. Wszystkie haczyki i półki są zajęte. Gordon zaraz tu będzie, więc napijcie się jeszcze soku i zmykaj- cie – powiedział królikowiec, próbując szybko zakończyć ulubiony temat żony i uwolnić dzieci od słuchania jej nie- skończonych wywodów o nakryciach głowy.
Emily zrozumiała sugestię, więc wypiła duszkiem sok i podziękowawszy za pyszne śniadanie, skierowała się ku drzwiom, mówiąc:
– Nie wiem, jakie plany ma wobec nas słosłoń, jeśli chodzi o najbliższe dni, ale było nam bardzo miło u was gościć i mam nadzieję, że niedługo się spotkamy. Chodź, Ed, czas na nas.
Wyszli z chatki, wsadzając w usta magiczne żołędzie i zatrzasnęli za sobą drzwi. Zapowiadał się słoneczny, cie- pły dzień. Niebo było przejrzyście błękitne i tylko co jakiś czas przemykały po nim różnokształtne chmury. Lesto- ria budziła się powoli. Otwierały się okiennice sąsied- nich chatek, wpuszczając do ich wnętrza rześkie i chłodne powietrze. Niektórzy mieszkańcy wychodzili na zewnątrz, aby poczuć zapach trawy, na której wciąż znajdowały się krople porannej rosy.
– Zobacz, Emi, ta chmura przypomina osła – szepnął uradowany swoim odkryciem malec.
– Bardziej psa niż osła. Spójrz, jak merda ogonem.
Dzieci siedziały tak jakiś czas na dużych, owalnych kamieniach w pobliżu domku Barneya i Serafiny, wpa- trując się w niebo. Nagle usłyszeli dochodzący zza ich pleców niski głos:
– Jeśli są tu jakieś dzieci żądne wiedzy i podróży do niezwykłych krain, niech podejdą i chwycą się moje- go płaszcza.
Odwrócili się i zobaczyli potężną sylwetkę słosłonia, który patrzył w ich kierunku przenikliwym wzrokiem. Podbiegli do niego bez namysłu i przywitali się cicho, po czym ruszyli po jego śladach w stronę Jeziora Kilsajden. Gdy dotarli do brzegu i stali po kostki w wodzie, czeka­
jąc na przybycie Lao, Lae i Lai, Gordon powiedział:
– Mam nadzieję, że wyspaliście się i zjedliście sycące śniadanie, bo nie wiadomo kiedy znowu coś trafi do wa­ szych brzuchów. Pożywienie serwowane w Alestanii może nie przypaść wam do gustu.
– A gdzie będziemy dziś spać? – zapytał Edi.
– To się jeszcze okaże. Wszystko zależy od tego, jak będzie przebiegała nasza wizyta, ale o to nie musisz się martwić.
Usłyszeli stłumione dźwięki wydobywające się z głębi jeziora. Patrzyli uważnie na taflę wody, która zaczynała coraz mocniej falować, zapowiadając zbliżające się do po­ wierzchni trzy ryby.
– Witajcie – przywitał ich Lao, który jako pierwszy pojawił się przed nimi.
– Gdzie twoi towarzysze? – zapytał słosłoń.
– Zaraz tu będą. Musieli wziąć po drodze podarunki, które nasza starszyzna przygotowała dla pary cesarskiej.
– Prezenty?! – ucieszył się chłopiec.
– Naprawdę, nie ma takiej potrzeby, Lao. Nie wiem, jaka jest tu tradycja, ale nie musicie nic nam dawać – skomentowała pospiesznie jego siostra, czując się lek- ko zakłopotana.
– To nic wielkiego, ale może być przydatne w najbliż- szym czasie – odpowiedział tajemniczo Lao.
Woda raz jeszcze zaczęła falować i wynurzyli się Lae i Lai, niosąc w pyskach niewielkie szklane butelki z pia- skiem o złocistej barwie. Ryby podpłynęły bliżej dzieci i wręczyły im prezenty.
– Piasek? – zdziwił się Edi.
– Bardzo piękny piasek o złocistym odcieniu. Nie kręć nosem, tylko podziękuj, Ed – skarciła go siostra.
– Dziękuję. Yyy… Zawsze chciałem dostać taki pia- sek. Dziękuję.
– Ja także bardzo wam dziękuję. To wspaniały prezent.
– Czy to jest...? – zawahał się słosłoń.
– Tak. To piasek ze Źródła Sola­Mentir – poinformo- wał go Lae.
– Skąd? – dopytywał się chłopiec.
– Źródło Sola­Mentir. Gordon wszystko wam wytłu- maczy – odezwał się Lai.
– Nie wiedziałem, że jeszcze gdzieś jest ten piasek – zadumał się Gordon.
– To ostatnie dwie butelki jakie nam zostały.
– Dzieci, to bardzo cenny dar. W swoim czasie wytłu- maczę wam, jak on działa, a na razie weźcie te tasiemki i zawieście butelki na szyi. Ukryjcie je pod ubraniami tak, aby nie wpadły nikomu w oko lub co gorsza w łapy – prze- strzegał ich nauczyciel, podając cienkie tasiemki cieli- stej barwy.
– Pora wyruszyć w drogę. Nasz posłaniec odwiedził wczoraj port w Alestanii i przekazał wiadomość o plano- wanej przez was wizycie – powiedział Lao.
– Wspaniale. Dziękuję za wasze wsparcie. A teraz ru­ szajmy, szkoda czasu – ucieszył się słosłoń.
Ryby odwróciły się ogonami do stojących na brzegu, którzy dopiero teraz mogli dostrzec znajdujące się na ich plecach siodła, podobne do tych, które zakłada się na grzbiet konia. Gordon pomógł wdrapać się na miejsce Ediemu, a ten chwycił się kurczowo wielkiej platynowej płetwy tak, aby nie spaść. Emily powoli, lecz skutecznie sama wspinała się na plecy Lai. Ostatni usadowił się sło- słoń, który zrobił to z wyraźną łatwością kogoś, kto nie raz podróżował już takim środkiem transportu.
Ruszyli powoli i Emi obawiała się, że podróż będzie bardzo długa i męcząca, skoro Alestania jest tak odległa, że z Lestorii nie widać jej brzegów. Nie spodziewała się jednak, że te wielkie ryby mogą płynąć z taką szybkością, że przejażdżka będzie nie tylko krótka, ale i ekscytująca.
Lao, Lae i Lai pędzili przed siebie, rozpryskując wodę na boki. Ediemu podobało się to bardziej niż zjazd sania- mi do groty. Wiatr rozwiewał jego jasną czuprynę, a kro- pelki wody delikatnie rozbijały się na twarzy i rękach. Spojrzał w bok na siostrę, która z uśmiechem na twarzy wpatrywała się w horyzont, wypatrując lądu.
Po około godzinie rejsu Emi zawołała, próbując prze- krzyczeć szum wiatru i wody:
– Brzeg! Widzę brzeg! Czy to już Alestania, Gordonie?!
– Tak! Już niedługo będziemy na miejscu!
Powoli zaczęli zbliżać się do celu. Kiedy znaleźli się w niewielkiej odległości od portu, zaczęli dostrzegać wyraźniej pewne kształty i kolory, a to, co jawiło się ich oczom, było lepsze, niż się spodziewali.
Port, do którego wpłynęli, miał wspaniałe molo wyko- nane z mahoniowego, ciemnego drewna. Z deptaka znaj- dującego się dwa metry ponad taflą jeziora prowadziły ku wodzie szerokie schody umożliwiające wejście na molo i zejście z niego oraz starannie i pięknie wykonana zjeż- dżalnia. Na brzegu stały liczne małe domki z drewna, pomalowane na pastelowe kolory takie jak błękit, fio- let czy róż. Za nimi znajdował się mur wysoki na pięć metrów, otaczający centralną część królestwa, a w niej zamek, rynek i liczne sklepy. Przejść w murze było pięć, a każde z nich stanowiła wysoka wieża, gdzie dzień i noc czuwał strażnik. Każda wieża miała inny, charakterystycz- ny wierzchołek: ta znajdująca się w porcie miała biały żagiel falujący w rytmie wiatru, wieża południowa zakoń- czona była gwiazdą pięknie odbijającą promienie słonecz- ne, do wierzchołka północnej przyczepiony był kolorowy latawiec unoszący się na wietrze, czubek wieży wschod- niej ozdabiał wielki tulipan otwierający się o poranku i zamykający swe płatki o zmierzchu, natomiast na szczy- cie zachodniej wieży kręcił się fioletowy jak śliwka węgier- ka wiatrak. Każdy z mieszkańców z łatwością znajdował odpowiedni kierunek, spoglądając w stronę otaczających go wierz. Sklepy w Alestanii ułożone były alfabetycznie, więc szukając stołu, szło się do dzielnicy oznaczonej literą
„S”, a chcąc kupić kwiaty, do dzielnicy „K”.
Zamek królewski usytuowano zaraz przy rynku tak, aby umożliwić wszystkim zgromadzenie pod balkonem władczyni, gdyby ta zechciała przemówić. Sam zamek nie był ani wielki, ani potężny. Składał się z dwóch pię- ter: pierwsze czekoladowe, a drugie karmelowe. Okna przyozdobione watą cukrową, a mury licznymi owocami takimi jak banany, ananasy czy truskawki. Balkon, z któ- rego przemawiała do swoich podwładnych Berta, wyko- nany został z wafli oblanych polewą malinową, aby kolo- rem pasował do waty cukrowej w oknach.
Budynek ten wyglądał niepowtarzalnie i niezwykle smakowicie, jednak nikomu z mieszkańców królestwa nie przyszło na myśl, żeby go jeść, ponieważ latające świnki najbardziej na świecie nie lubią słodyczy i owoców.
Lao, Lae i Lai zatrzymali się przy mahoniowych scho- dach. Trójka pasażerów zsunęła się z ich grzbietów wprost na pierwszy stopień.
– Kiedy po was wrócić? – zapytał Lao.
– Ciężko powiedzieć. Umówmy się, że przywołam was gwizdkiem, jeśli będzie taka potrzeba.
– A więc nie pozostaje nam nic więcej, jak życzyć wam powodzenia. Do zobaczenia.
– Do widzenia – odpowiedziały na pożegnanie dzieci. Zaczęli wspinać się po drewnianych schodach. Byli już prawie na ich szczycie, gdy ich uszu dobiegł dźwięk fle- tów. Zaraz po fletach zabrzmiały także bębny, trąbki i inne instrumenty, z których część widzieli pierwszy raz w życiu. Stali na końcu deptaka i patrzyli w stronę murów miasta, gdzie metr nad ziemią unosiła się wielka orkiestra latają- cych świnek. Nagle wszystko ucichło i zauważyli lecące- go w ich stronę posłańca. Była to szara świnka z finezyj- nie zakręconym ogonkiem i oklapniętymi uszami, ubrana w gustowny frak i z zapiętą na grubej szyi muszką, trzy- mająca w racicach zwój pergaminu. Wznosiła się ona nad
ziemią dzięki skrzydłom kolorowym jak u papugi.
Gordon i dwójka jego uczniów stali w miejscu, czeka- jąc na rozwój wydarzeń.
– Witajcie, szanowni goście. Mamy nadzieję, że wasza podróż była przyjemna i bezpieczna. Pozwólcie, że się przedstawię. Nazywam się Elmo i jestem asystentem jej królewskiej mości Berty VIII. Będę miał zaszczyt towa- rzyszyć wam podczas waszej wizyty w królestwie. Chęt- nie odpowiem na wszystkie pytania i z największą sta- rannością postaram się spełnić wasze prośby i życzenia.
– Cześć, Elmo – przywitał go słosłoń.
– Cześć, Gordon. Dawno cię tu nie było – odpowiedział mu bez patetycznego tonu i górnolotnych zwrotów Elmo, który stał teraz przed nimi uśmiechnięty.
– Cześć – wykrztusił, wciąż zszokowany tym, co widzi, chłopiec.
– Cześć, Elmo – rzuciła uradowana widokiem Alesta- nii Emily.
– Zaprowadzę was teraz do zamku, bo królowa się niecierpliwi. Starajcie się nie śmiać, kiedy ją zobaczy- cie, bo może wyglądać dość nienaturalnie jak dla was, no i oczywiście zero śmiechów, kiedy potyka się o swo- ją pelerynę, bo to bardzo ją złości. Przejdziemy główną ulicą prowadzącą na rynek. Tam czeka na was tłum świ- nek chcących poznać nowego cesarza i cesarzową. W sali tronowej będziecie mogli porozmawiać z Bertą, z którą to również zjecie obiad, a po obiedzie będziecie mogli przemówić z balkonu. Jeśli będziecie zmęczeni, przygo- towaliśmy dla was sypialnie, w których możecie odpo- cząć, a wieczorem będzie czas na rozrywkę, oczywiście w towarzystwie naszej szanownej królowej. Wieczorem także kolacja, przyjemna noc w wygodnych sypialniach pałacowych, a jutro rano możecie udać się na zwiedzanie królestwa lub wrócić do siebie, wedle życzenia. Czy są jakieś niejasności?
– Ja już zapomniałem, co jest po czym, ale Emi mi przypomni, jak trzeba będzie – tłumaczył się Edi.
– Najważniejsze, żebyście byli sobą, tak jak podczas wizyty w Kilsajden, a wtedy na pewno wszystko się uło- ży – dodawał im otuchy Gordon.
– Chodźmy już. Nie każmy królowej tak długo na sie- bie czekać – zwróciła im uwagę Emily.
Szli naprzód równym krokiem, nie zatrzymując się na żadne rozmowy ze zgromadzonymi świnkami. Otrzy- mali od posłańca królowej dokładne wytyczne co do tego, jak mają się zachowywać, co i kiedy robić i niestety plan ten nie przewidywał spotkań z mieszkańcami Alestanii. Rozglądali się na boki zaciekawieni zarówno sklepami i ich wystawami, jak i samymi Alestańczykami. Dziew- czynce najbardziej podobała się świnka, która cała była różowa a uszy miała czarne i czarne jak węgielki oczy i unosiła się ponad tłumem gapiów na niewielkich skrzy- dłach we wszystkich kolorach tęczy.
Dotarli do wrót pałacu, gdzie razem ze swoją świtą cze- kała na nich Berta. Wiedzieli, że jest mała, ale nie spo- dziewali się, że może być mniejsza od Ediego. Postawiono dla niej specjalne podium, dzięki któremu mogła patrzeć na swoich gości z góry, jak to mają w zwyczaju władcy. Uwagę dzieci, bardziej niż sama królowa, przykuł smako- wicie wyglądający pałac, który wręcz wołał, prosząc, aby go zjeść. Niestety ze względu na charakter wizyty i swo- jej pozycji jako pary cesarskiej, nie mogli nawet skoszto- wać odrobiny jego słodkich ścian.
– Witajcie w moich skromnych progach! To zaszczyt dla mnie i dla całego miasta gościć was tutaj. Pozwólcie,
że otoczę was swoją opieką i przyjmę was pod swe skrzy- dła – powitała ich dostojnym głosem władczyni, po czym roześmiała się ze swojego żartu zrozumiałego i zabawnego tylko dla niej samej. Wszyscy zebrani również zaczęli się śmiać, bojąc się jej gniewu, więc i dzieci przyłączyły się do tych niezrozumiałych oznak wielkiego zadowolenia.
– Witaj, królowo. Dziękujemy za tak wspaniałe powi- tanie. Jesteśmy urzeczeni twoją hojnością – odpowiedział Gordon.
– Witaj, królowo. Dziękujemy, że zechciałaś się z nami spotkać – dodała Emi.
– Witaj, królowo. Miło mi cię poznać – zawołał Edi, próbując okazać swoją radość z przybycia do tak niezwy- kłej krainy.
– Pozwólcie za mną – zarządziła Berta i wzleciała po­ nad platformę, na której stała, kierując się do sali tro- nowej.
Słosłoń i dzieci ruszyli za nią posłusznie. Rozglądali się na boki, wyraźnie zafascynowani czekoladowymi ścia- nami i zatopionymi w nich owocami ułożonymi w finezyj- ne wzory. Na ścianach wisiały obrazy poprzednich wład- ców Alestanii, z których każdy niezależnie od tego jak postawny był, miał równie małe skrzydełka jak Berta VIII.
– Gordonie, jak oni latali na takich małych skrzydłach, przecież do niemożliwe. Uczyliśmy się o tym w szkole na biologii, jak duże w stosunku do ptaka muszą być jego skrzydła, aby unosić go nad ziemią. Tata opowiadał mi nawet, że jest taki śmieszny ptak, na którego mówią kiwi i który chociaż chciałby, to nie poleci, bo jego skrzydeł- ka są zbyt małe – zapytała Emily, która zawsze próbo- wała tłumaczyć sobie rzeczy w sposób logiczny. I choć widziała jak jej młodszy brat lata, nie mając skrzydeł, nie potrafiła zrozumieć, skąd ta umiejętność u przedstawio- nych na obrazach świnek.
– Moja droga, widziałaś już bobra zamieniającego się w różne przedmioty i rozmawiasz ze zwierzętami, a mimo to chcesz zasady ze swojego świata przenosić tutaj?
Dziewczynka zmieszała się nieco, nie wiedząc, co od­ powiedzieć, i spuściła wzrok na podłogę.
Kiedy Edi zobaczył zakłopotanie, jakie odmalowało się na twarzy siostry, postanowił zmienić temat i odwró- cić od niej uwagę wszystkich.
– Te ściany wyglądają tak pysznie, czy mógłbym tylko troszkę polizać? – zapytał bezceremonialnie, ale na tyle cicho, aby nie usłyszała go królowa.
– Obawiam się, że nasza gospodyni nie byłaby zbyt- nio zadowolona, widząc, że pochłaniasz jej pałac. Pocze- kajmy na obiad, dobrze? – odparł słosłoń.
– No, tak. Jasne. Żartowałem tylko.
Weszli za władczynią do sali tronowej przez wysokie drzwi z białej czekolady, w które powtykano zielone i czer- wone winogrona imitujące kamienie szlachetne. Pomiesz- czenie było bardzo przestronne i jasne dzięki wielkim oknom, które znajdowały się po prawej stronie, wycho- dzącym na ogród pełen krzewów przyciętych w kształty liter. Najbliżej rosło zielone „A” z amarantowymi kwiata- mi, a kawałek dalej „P” z pomarańczowymi i „N” z niebieski- mi. Podłoga wykonana została z prostokątnych herbatników, które do tej pory dzieci widywały tylko na talerzyku w towa- rzystwie herbaty. Wszystkie meble odlano z białego jak śnieg lukru, błyszczącego delikatnie w promieniach przebijające- go się przez szyby słońca. Na końcu sali stał wielki tron kró- lewski z oparciem o dwóch dziurach, w które wsuwały się skrzydła Berty, pozwalając na wygodne siedzenie. Naprzeciw tronu ustawiono trzy krzesła dla przybyłych gości, a przed nimi niewielki stolik z miseczkami pełnymi wody.
– Proszę, usiądźcie – zaoferował królowa, wskazując im raciczką krzesła.
Zajęli swoje miejsca i czekali na kolejny ruch ze strony gospodyni.
– Zapewne jesteście spragnieni po podróży. Nie krę- pujcie się, pijcie – zachęciła ich.
Sięgnęli po swoje czarki. Wzięli do ust pierwszy łyk, po czym Emily i Edi równocześnie wypluli wodę z powro- tem. Gordon zerknął na nich kątem oka i uśmiechnął się, natomiast Berta nie mogła zrozumieć tego, co wła- śnie zaszło, i było widać po minie, że lekko ją to uraziło.
– Droga królowo, nie ma potrzeby się złościć. W świe- cie naszych cesarzy obyczaj nakazuje, aby wypluć pierw- szy łyk napoju, w celu okazania zgromadzonym szacun- ku i uznania – wyjaśnił słosłoń.
– Ach. Wybornie. Cóż to za fascynujące miejsce i nie- zwykłe obyczaje – powiedziała Berta uradowana, po czym sama wzięła łyk wody i splunęła nim do swojej miski.
– Dzięki, Gordonie – szepnęła Emi.
– Z czym zatem przybywacie? – zapytała królowa, delektując się swoim napojem.
– Czy mogę ja? – zapytała dziewczynka, podnosząc się z krzesła.
Kiedy zbliżała się do tronu, aby było lepiej ją słychać, Edi wykorzystał chwilę zamieszania i szepnął do słosłonia:
– Gordonie, ta woda jest słona. Smakuje jak z morza.
Nie dam rady tego pić.
– Nie musisz. Udawaj tylko, że to robisz. Spokojnie.
– Królowo Berto, nasza wizyta niestety nie jest wizytą towarzyską. Przypłynęliśmy tu, aby poinformować cię o zaistniałych wydarzeniach. Musimy cię ostrzec, ale i pro- sić o wsparcie. Za dziesięć dni Traktat podpisany przez naszą babcię z lisami straci ważność. Zgodnie z jego posta- nowieniami powinniśmy spotkać się z Beatrix i Sedrikiem na granicy lasu, aby go odnowić lub renegocjować – zaczę- ła Emily.
– Więc w czym problem? – zapytała królowa.
– W tym, że lisy coś knują i będą chciały zerwać Trak- tat, a co za tym idzie, wypowiedzieć wojnę Lestorii.
– Skąd taki pomysł? Po ostatniej wojnie, prawie sto lat temu, została ich dosłownie garstka, a znając ich gospo- darność i zadziorność, to albo poumierali już z głodu, albo nawzajem się pozabijali. Uważam, że nie ma potrze- by przejmować się nimi.
– Niestety, ale mamy dowody na to, że coś kombinują. Po pierwsze, i najważniejsze, zaatakowali Sepiana i zablo- kowali klepsydry, żeby zamknąć przejście między tamtym światem a waszym. Nie spodziewali się jednak, że Emily i Edi przenieśli się tu, zanim to zrobili, i teraz muszę ich ukrywać, aż do czasu spotkania w setną rocznicę podpisa- nia Traktatu, aby uniemożliwić lisom wykonanie kolejne- go ruchu osłabiającego naszą pozycję – wyjaśnił Gordon.
– Ale oni i tak nie mogą wyjść z lasu, więc w czym problem? A za dziesięć dni podpiszecie ten Traktat i już.
– Oni nie mogą, ale mają szpiega, myszoskoczka, który przemieszcza się niepostrzeżenie, nie tylko między Lisim Zaułkiem a Lestorią, ale także między tym a naszym świa- tem. To on ukradł pamiętnik mojej siostry, z którego lisy dowiedziały się o Matni i klepsydrach – powiedział, wsta- jąc ze swojego miejsca chłopiec.
– Szpieg? Pamiętnik? O co w tym wszystkim chodzi? – dopytywała się Berta.
– Tak, to moja wina. Zapisywałam w swoim pamiętni- ku różne wspomnienia z Lestorii, a on pewnego dnia przy- szedł do naszego domu i wyrwał niektóre strony. Powin- nam być bardziej ostrożna, ale jak mówi moja babcia: „Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem”, musimy przygotować się na każdą ewentualność i nie dać się bardziej zaskoczyć.
– Widzę, że ktoś tu mocno namieszał – powiedziała zagniewanym tonem świnka.
– Proszę, królowo, abyś nie oceniała tej młodej damy, która, o ile pamiętasz, jest twoją cesarzową, za to co się wydarzyło. Tak widać musiało być, a my powinniśmy zjed- noczyć się w takich momentach, a nie toczyć próżne spory. Wysłałem Reginalda na zwiady do Lasu. Czekam na jego powrót, aby potwierdzić swoje obawy, ale prawie pew- nym jest, że lisy zbudowały przez te sto lat nową, potęż- ną armię i szykują się do odwetu za zamknięcie w Zauł- ku. Dobrze znasz Beatrix i Sedrika i wiesz, jak wielkie jest ich pragnienie władzy. Pamiętaj, że jeśli pokonają Lesto- rię, to pozabijają, zniewolą lub zmuszą do walki po swo- jej stronie jej mieszkańców, a zasoby, które posiadamy, dodatkowo ich wzmocnią i otworzą im drogę do podbo- ju Trestalii po drugiej stronie lasu, a zaraz po tym i Ale- stanii. Nasze krainy dzieli Jezioro Kilsajden, ale granica między twoim królestwem a królestwem Jorge jest bardzo łatwa do przejścia. Cóż mogę więcej powiedzieć? Nasze zwycięstwo i nasz pokój są waszym zwycięstwem i poko- jem, upadek Lestorii to także koniec Alestanii.
– Czego więc oczekujecie ode mnie i moich świnek? – zapytała królowa, która zaczęła niepokoić się tym, co usły- szała od słosłonia.
– Liczymy, że jeśli trzeba będzie, to twoje wojsko, kró- lowo, wesprze Lestorian w walce z lisami. Tylko tyle i aż tyle. Potrzebujemy was, tak jak i wy nas – podsumowała rozmowę Emily.
– W takim razie zgoda. Zgadzam się pomóc wam i jeśli trzeba będzie, to wyślę do Lestorii moje wojsko. Musicie mi jednak zagwarantować, że wesprzecie mnie, kiedy Jorge i jego wygibasi znowu wejdą do alestańskiego lasu i będą polować na marchewniki i pietruszniki.
– Na co? – zapytała Emi.
– Elmo! – zawołała królowa donośnym głosem.
Świnia, która eskortowała ich do pałacu, weszła teraz do sali tronowej i szybkim krokiem przemieściła się w stro- nę zgromadzonych.
– Tak, królowo? Czy mam zastawiać już stoły do obiadu?
– To także, ale wytłumacz najpierw moim gościom, co to są marchewniki i pietruszniki, i dlaczego wygibasi na nie polują – zażądała Berta.
Emily zajęła z powrotem miejsce na krześle i czekała z zaciekawieniem na objaśnienia.
– W naszym lesie, który częściowo leży przy granicy z Trestalią, mamy krzewy z dziurawymi skarpetami, krze- wy z aromatycznymi zgniłymi jajami czy drzewa z zabło- conymi kaloszami, a wszystko najwyższej jakości i goto- we do spożycia. Marchewniki i pietruszniki to zwierzęta, które mieszkają w tym lesie i którymi również się żywi- my. Marchewniki są pomarańczowe, a pietruszniki bia- łe, oba gatunki niewielkie, trochę podłużne z zielonymi ogonami, chodzą na sześciu łapach i mają małe czarne noski i czarne oczy. Możecie się przekonać, jak smakują, podczas dzisiejszej uczty. Wygibasi polują na nie dwa razy w roku, w urodziny króla i kiedy rodzą się młode wygiba- sy, czyli w noc skrzyżowania południowego i północne- go księżyca. Prosiliśmy ich wiele razy, aby tego nie robili, bo pozbawiają nas pożywienia dla bezsensownej rozryw- ki, ale zawsze przepraszają i obiecują poprawę, po czym znowu polują.
– Sami rozumiecie, że nie mogę wysłać na nich moje- go wojska z tak trywialnej przyczyny, ale nie wiem, jak sobie z tym poradzić – tłumaczyła się Berta.
– Królowo, możesz liczyć na naszą pomoc. Co więcej, możemy zagwarantować, że te barbarzyńskie najazdy na twoje lasy już się nie powtórzą – zapewniał ją słosłoń.
– Wspaniale! – ucieszyła się, wstając energicznie z tro­ nu. – W takim razie możemy już udać się do jadalni na obiad. Zapraszam.
Kiedy gospodyni poleciała za Elmem w stronę wyjścia, dzieci i ich nauczyciel powoli podnieśli się ze słodkich krzeseł i niepewni tego, co ich dalej czeka i do zjedzenia jak okropnych rzeczy będą zmuszeni, ruszyli za lecącymi świnkami.
– Gordonie, czyli te zwierzęta, które tu żyją, to są takie jakby chodzące marchewki i pietruszki? Takie psy w kształ- cie warzyw? – zapytał Edi.
– Świetnie to ująłeś. Świnki nie znają warzyw i jak sły- szeliście lubią jeść różne dziwne i śmierdzące rzeczy, ale marchewniki i pietruszniki są nienajgorsze, możecie bez obaw ich spróbować.
– W ostateczności będziemy po kryjomu nadgryzać meble i ściany – uspokoiła brata Emily.
Kiedy wchodzili do jadalni, w której siedziała już przy zastawionym stole królowa i jej świta, stojący przy drzwiach Elmo powiedział do nich:
– Pamiętajcie, że w tym pomieszczeniu nie można nic mówić i musicie siedzieć przy stole tak długo jak Berta, nawet jeśli nie będziecie już głodni.
Weszli więc, nie zamieniając między sobą słowa i za­ siedli na wolnych fotelach, równie słodkich i lukrowych jak wszystkie inne meble. Dzieci szukały wzrokiem cze- goś, co byłyby w stanie zjeść i idąc za radą słosłonia, sięg­ nęli po półmiski z potrawką z czegoś co przypominało marchewkę i pietruszkę. Patrzyli uważnie na skrzydlate świnki, które ze smakiem pochłaniały wielkie sterty sta- rych, dziurawych skarpet z potrawką. Na ich szczęście nikt nie zachęcał ich do jedzenia tych okropieństw, więc w ciszy dłubali w swoich talerzach.
Po około dwóch godzinach uczta dobiegła końca. Dzie- ci były bardziej zmęczone siedzeniem tak długo przy stole, niż audiencją u królowej, więc kiedy tylko przestąpili próg jadalni, Edi zapytał, ziewając:
– Czy możemy teraz iść do naszych pokoi i trochę odpocząć? Jestem senny.
– Oczywiście. Ja także udam się na krótką sjestę. Spo- tkajmy się o zachodzie słońca w sali balowej. Służba wska- że wam drogę – odpowiedziała mu królowa, po czym odwróciła się i poszła do swojej sypialni.
– Pozwólcie, że was odprowadzę – zaproponował Elmo i ruszył wolnym krokiem w stronę schodów prowadzą- cych na piętro.
– Pomyślałem, że skoro już tu jesteśmy, to może po krótkim zwiedzaniu Alestanii udamy się do Trestalii, aby nie tracić czasu – powiedział Gordon.
– Jeśli uważasz, że powinniśmy i tak będzie lepiej, to ja nie mam nic przeciwko i Ed pewnie też. To kiedy ruszamy? – odpowiedziała Emily.
– Jutro po śniadaniu wyruszymy na zwiedzanie i poje- dziemy w stronę granicy, aby jeszcze przed wieczorem znaleźć się w królestwie Jorge.
– Mnie jak zwykle nikt nie pyta o zdanie. Ale jeśli oni mają lepsze jedzenie niż tu, to mówię „tak” bez zastano- wienia – wyraził swoją opinię chłopiec.
– Elmo, myślisz, że Berta użyczy nam swojego powo- zu? – zapytał słosłoń.
– Z pewnością nie odmówi parze cesarskiej, mój przy- jacielu – zapewnił go Elmo, kiedy wspinali się po scho- dach na karmelowe piętro. – Domyślam się, że jesteście nieco głodni, skoro tak mało zjedliście na obiad, więc nie krępujcie się sięgnąć po łakocie, czekające na was w waszych pokojach. Gordon szepnął mi na ucho co nieco o waszych preferencjach smakowych, więc z pewnością coś dla siebie znajdziecie – dodał, uśmiechając się z zado- woleniem.
– Mogę być w pokoju z siostrą? My zawsze jesteśmy razem – zapytał niepewnie Edi.
– Nie widzę przeszkód. Łóżka są tak duże, że pomie- ściłyby jeszcze pięć innych osób. Proszę, a oto i wasz pokój – powiedział prosiak, otwierając drzwi. – Gordon będzie zaraz obok, gdybyście czegoś potrzebowali, nato- miast mnie możecie przywołać dzwonkiem, który stoi na komodzie.
– Bardzo dziękujemy – powiedziała Emi, po czym złapała brata za rękę i wciągnęła go do środka komnaty, zatrzaskując za sobą drzwi.
– Gdzie ci się tak spieszy?
– Nie wiem jak ty, ale ja jestem głodna jak wilk i jeśli zaraz czegoś nie zjem, to umrę. Zobaczmy, co tu mamy – odpowiedziała na pytanie brata, podchodząc do niewiel- kiego lukrowego stolika. Na blacie, w niewielkich półmi- skach umieszczone były różne przysmaki. W jednej tru- skawki, w drugiej maliny, w trzeciej winogrona, w czwartej kawałki czekolady, a w piątej herbatniki. W butelce był sok, który dopiero co wyciśnięto z jabłek i gruszek. Dzieci nie mogły sobie wyobrazić lepszego posiłku niż ten.
Zawartość półmisków zniknęła wprost błyskawicznie, a oni leżeli teraz rozciągnięci na wielkim łożu. Czuli się nieco zmęczeni już podczas obiadu, ale teraz, gdy ich brzuszki były przyjemnie pełne, powieki stawały się coraz cięższe i opanował ich sen, który przerwało dopiero puka- nie do drzwi. To słosłoń przyszedł po swoich podopiecz- nych, aby zabrać ich na salę balową. Dziewczynka otwo- rzyła oczy i dopiero kiedy pukanie ponownie dobiegło jej uszu, podniosła się i otworzyła drzwi.
– Gotowi?
– To już?
– Tak. Najwyższy czas. Berta czeka na nas razem ze swoimi gośćmi. Szykuje się naprawdę huczne i ciekawe przyjęcie.
– Edi śpi i chyba nie będzie zbyt szczęśliwy, że musi już wstać.
– Obowiązki wzywają. Trzeba go zbudzić.
Emily podeszła do łóżka i pochyliła się nad bratem, po czym poklepała go po twarzy, mówiąc:
– Ed, przyjęcie czeka. Jesteśmy już spóźnieni. Musisz wstać, bo nasza królowa świnka się zezłości i każe ci wypić cały dzbanek tej słonej wody.
Chłopiec otworzył energicznie oczy, słysząc o słonej wodzie.
– Błagam, tylko nie to! Ja jej wytłumaczę dlaczego się spóźniliśmy, ale nie dam rady, nie mogę jej wypić! Proszę cię, Emi! – zawołał.
– Spokojnie. Jeśli teraz wstaniesz i zejdziemy zaraz do sali, to nie będziesz musiał niczego pić – uspokoiła go.
– Chodźmy więc! Nie ma na co czekać! – krzyknął ma­ lec, wybiegając z pokoju.
Na korytarzu razem ze słosłoniem czekał na nich lokaj, żeby wskazać im drogę.
Zeszli na parter i skręcili w lewo, ponieważ sala balo- wa znajdowała się w lewym skrzydle pałacu. Wszyscy już na nich czekali. Kiedy tylko pojawili się w drzwiach, zgro- madzeni podnieśli swoje czarki ze słoną wodą, nabrali jej do ust, po czym splunęli z powrotem, na znak szacun- ku dla pary cesarskiej. Zanim Gordon i dzieci pojawili się na dole, Berta poinformowała wszystkich o tym oryginal- nym zwyczaju, którym cesarz i cesarzowa oddali jej cześć podczas audiencji. Widok około setki świnek równocześnie podnoszących raciczki z czarkami i spluwających do nich, wzbudził w Emily i Edim śmiech, który musieli stłumić, aby nikogo nie urazić. Szli więc dostojnie wzdłuż długich rzę- dów, w które ustawili się zebrani po prawej i lewej stronie goście, tworząc ruchliwy, kolorowy korytarz. Dzieci mijały kolejne świnki, te zaś kłaniały się lub witały uprzejmie, a ich wystawne stroje i wspaniałe skrzydła wzbudzały zachwyt i podziw obojga. Ledwie przemarsz dobiegł końca, wszy- scy rozeszli się po wielkiej sali, a orkiestra, którą widzieli wcześniej w porcie, rozpoczęła koncert. Jedni zasiedli przy stołach, inni tańczyli, jeszcze inni stali w małych grupkach i zerkając ukradkiem w stronę trójki przybyłych, szeptali coś między sobą. Emily spojrzała na królową, która właśnie wstała ze swojego tronu i ruszyła w ich kierunku.
– Widzę, że stoicie tu sobie i nie wiecie, co robić, więc postanowiłam przyjść wam z pomocą. Czy zechcenie usiąść przy moim stole, czy raczej macie ochotę potańczyć? Nie- jeden przystojny knur spogląda w twoją stronę, cesarzowo, w nadziei na choć jeden taniec.
– Obawiam się, że nie mogę spełnić ich oczekiwać – powiedziała Emily.
– A to niby czemu? – oburzyła się lekko Berta.
– Bo ja nie umiem tańczyć. Niestety nie miałam oka- zji się nauczyć.
Świnka spojrzała zdziwiona w stronę słosłonia, po czym powiedziała:
– Jesteś ich nauczycielem, prawda, Gordonie? Więc dlaczego osoba na takim stanowisku nie potrafi tańczyć? Toż to podstawy etykiety dworskiej, mój drogi!
Na twarzy słosłonia odmalowało się zakłopotanie, ale nie dał zbić się z tropu i odpowiedział:
– Obawiam się, królowo, że są umiejętności znacz- nie bardziej potrzebne cesarzowi niż taniec, jak choćby dyplomacja, i od takich właśnie rozpocząłem swoje lekcje. Więc skoro nadarzyła się sposobność ku temu, pozwolę sobie jako pierwszy porwać na parkiet cesarzową i poka- zać jej niezbędne podstawy.
I nim Emi zdążyła się zorientować, wirowała już pośród innych par w objęciach nauczyciela.
– Gordonie, ale ja nie znam kroków! Powoli! – jęknęła przerażona.
– Nie myśl za dużo, tylko wczuj się w rytm muzyki i pozwól się prowadzić.
– Ale ja nigdy tego nie robiłam!
– Emily, przestań panikować. Poczuj to. Raz, dwa, trzy i raz, dwa, trzy i… – zaczął liczyć w rytm granego przez orkiestrę walca. – I uśmiechnij się, bo z taką przerażoną miną wzbudzasz zainteresowanie wszystkich. Raz, dwa, trzy i raz, dwa, trzy…
Dziewczynce nie pozostało nic innego, jak iść za radą Gordona. Zerkała więc od czasu do czasu na jego nogi, aby zobaczyć, jak i kiedy robi kroki, ale po powtórzeniu tej samej serii ruchów po raz kolejny odprężyła się nieco i dała się ponieść muzyce.
Edi, w przeciwieństwie do siostry, tańczył już wcze- śniej podczas zabaw z Susan lub babcią, więc pewny sie- bie zwrócił się do Berty:
– Czy mogę prosić do tańca?
– Będę zaszczycona – odpowiedziała lekko zdziwiona i podała mu raciczkę.
Weszli na parkiet i powoli włączyli się do kręcącego się wokół tłumu świnek. Kiedy skończył się walc i zabrzmia- ły pierwsze nuty kolejnej melodii, większość gości usiadła do stołów, aby odpocząć. Rytm był dość szybki i energicz- ny, więc nawet słosłoń z Emi zeszli na bok i przyglądali się chłopcu tańczącemu z małą świnką. To było to, co Edi lubił najbardziej. Zaczął robić piruety i kręcił dłońmi młyn- ki, a zaskoczona Berta powtarzała jego ruchy. Z początku trochę się gubiła, ale kiedy chłopiec powtórzył sekwencję, szybko połapała się, co robić. Zebrani goście stali i z osłu- pieniem patrzyli na małego cesarza i królową, którzy cał- kowicie oddali się tanecznemu szaleństwu. Zachęceni śmiechem władczyni i zafascynowani choreografią Edie- go, wchodzili na parkiet grupkami, wyginali się i obracali wymachując raciczkami tak, jak robiła to ich królowa.
– Wygląda na to, że i my powinniśmy się przyłączyć – powiedziała Emily, uśmiechając się do słosłonia i wciąg­ nęła go za sobą w szalejący tłum.
Orkiestra spostrzegła, że ten nowatorski typ muzyki przypadł wszystkim do gustu, więc postanowili nie wra- cać już do poprzednich, salonowych rytmów.
Wszyscy wyśmienicie się bawili i tańczyli do upadłego. Nikt nie myślał nawet o jedzeniu czy piciu, dzięki czemu służba odpoczywała zgromadzona w kącie pomieszczenia, przyglądając się niepowtarzalnemu widowisku.
Pomału kolejne świnki zaczęły opuszczać pałac, żegna- jąc się z królową, parą cesarską i słosłoniem.
Kiedy sala balowa opustoszała prawie całkowicie, Ber- ta powiedziała:
– To był najwspanialszy bal, jaki widział ten pałac. Jestem wam bardzo wdzięczna, że uświetniliście go swoją obecnością, a ty, mój cesarzu, zrobiłeś furorę swoim tań- cem. Czy mogę jakoś się wam odwdzięczyć?
– Możesz pożyczyć nam swoją karetę? – zapytał bez- ceremonialnie chłopiec.
– Oczywiście. A gdzie się wybieracie?
– Pomyśleliśmy, że zwiedzimy trochę Alestanii i uda- my się do Trestalii, skoro jesteśmy już tak blisko – odpo- wiedział jej słosłoń.
– Skoro tego właśnie pragniecie, to oczywiście tak się stanie. Elmo będzie waszym przewodnikiem i woźnicą. A więc postanowione. A teraz życzę wam spokojnej nocy. Lokaj odprowadzi was do komnat. Jeśli czegoś będziecie jeszcze potrzebowali, to nie krępujcie się wezwać służą- cych. Dobranoc – zakończyła rozmowę Berta i udała się do swojej sypialni.
– Świetna robota, Edi. Dzięki tobie mamy jutro trans- port – pochwalił swojego ucznia Gordon.
– Ja tylko tańczyłem. To było proste.
– Chodźmy już lepiej spać, bo zrobiło się późno – wtrą- ciła Emi, zerkając przez okno na skąpany w mroku ogród.
– Kolorowych snów – rzucił w ich stronę słosłoń, od­ chodząc do swojej komnaty.
– Dobranoc, Gordonie.
– Dobranoc.