WSZYSTKIM WAM NA ŚWIĘTA JA GRZESZNA MATKA POD ROZWAGĘ PODSYŁAM...

REKLAMA
Nie jestem matką zanadto wierzącą, nie jestem matką w żadnym razie boską, nie jestem też Matka-Polką. Jestem dość zwykłą, zmęczoną matką. I w tym swoim zmęczeniu, czy nawet umęczeniu - wierzcie mi, dwoje niepełnosprawnych dzieci potrafi z człowieka wydrążyć chochoła - tak się ostatnio zamyślam i zagłębiam, próbując dociec, kto tak naprawdę w tym całym Chrystusa Ukrzyżowaniu miał bardziej przej**ane - syn, czy może matka?
Patrzę na cierpienie syna - gwodździ na żywca w dłonie wbijanie, ciernie we łbie, krew pot i łzy - jakby to nazwał Winston - Churchill, tylko, że Chrystus miał chociaż w tym wszystkim jakąś misję, zdecydował się cierpieć w imię jakiejś Sprawy, czyli w imię wartości.
A jego matka - Maryja? W bólu rodziła, w trudach, bo przecież niezwykle młoda była, wychowała, martwiła się, gdy po świątyni na bosaka biegał, po zimnych marmurach, a potem kaszlał i kichał i gorączkę miał po 40 stopni... - od zmysłów odchodziła, gdy mały chorował, tak jak wszystkie matki... Po nocach nie spała, szałwię parzyła, kamforą maleńkie brudne stópki głupolowi nacierała, a przecież tyle razy ostrzegała, napominała, że tak właśnie będzie, że jak się zmarznie od stóp, to kaszel i glut do pasa, jak słup w Świątyni Jerozolimskiej murowany!
Ale ten mały łobuz nikogo nie chciał słuchać, od samego początku stary-maleńki był, wszystkie rozumy pozjadał, ze Starszyzny drwił, podżegał napotkanych rybaków, by żony swoje i dzieci ot tak zostawili i poszli za nim, chuj wie dokąd.
Ja - mimo że od Kościoła stronię, a na widok kleru najczęściej spluwam przez lewe ramię - Jezusa bardzo kocham, więc mogę sobie takie bluźnierstwa tu pouprawiać, bo wiem, że i On mnie kocha i z tego krzyża pasyjnego na mnie i mój krzyż ze współczuciem i wielką miłością patrzy, i mi te wulgaryzmy wybaczy, bo mimo utyskiwań i buńczucznej natury i tak podążam wskazana przez Niego cholernie wyboistą, szutrową drogą. I dzięki Niemu, codziennie żyjąc z moimi córkami wspinam się na ośmiotysięcznik cierpliwości i modlę się w swoim Ogrójcu, by zechciał mi dawać dalej cierpliwość i siłę, bym mogła ten Krzyż dalej nieść i nie umrzeć z wyczerpania po drodze.
Maryja, moim zdaniem, miała o wiele trudniej. Patrzeć na zabijanie swojego dziecka, które własną piersią karmiła, które po nocach na rękach nosiła, bo mały pewnie wył - wiadomo: kolki, ulewania, odbijania, siki, kupy - ot wsjo, to co znamy z autopsji. A tu nagle, na Twoich oczach, w imię jakiegoś systemu wartości, w który dziecko uwierzyło, śmierć mu męczeńską zadają, najgorszą z możliwych, cierń po cierniu, gwóźdź za gwoździem wbijając, a matka klęczeć musi pod krzyżem do końca i na to wszystko patrzeć.
O tym są te święta dla mnie. O cierpieniu w imie wartości, które ktoś na górze (BÓG?) ustalił jako nadrzędne. Ale dlaczego te, a nie inne? Wielka to tajemnica. Tak wielka, jak i cierpienie. I to słynne Alleluja wcale nie zagłuszy prawdziwego, rozdzierajacego duszę i serce maki, cierpienia którego źródło tkwi w cierpieniu jej dziecka.
Wow! Matko Bosko, szacun. Respect!