Witam serdecznie! Przeczytałam artykuł zatytułowany "Współczuję Wam nauczyciele" i pragnę podzielić się swoimi przeżyciami.

REKLAMA
Jestem nauczycielem języka polskiego w czwartych klasach szkoły podstawowej, sporadycznie dostaje zastępstwa w starszych lub młodszych klasach. Myślę, że zostałam nauczycielem z powołania, bo będąc już w wieku moich uczniów chciałam wykonywać ten zawód. Codzienne stawanie przed setką dzieci (tyle ich mam łącznie) sprawia mi radość nie do opisania. Dzielenie się wiedzą, ale również wychowywanie, kształtowanie tych młodych umysłów to jest dla mnie to (mówiąc potocznie).
Niestety jest też druga strona medalu - rodzice. I tu zaczynają się schody. Porozumienie się z dziećmi jest zdecydowanie łatwiejsze niż z ich "dorosłymi" opiekunami. Czemu cudzysłów? Wniosek nasuwa się taki, że Ci owi dorośli potrafią być mniej dorośli niż ich dzieci. Serwują takie atrakcje, jak np. podważanie kompetencji poprzez zgłoszenie do dyrekcji, że jeszcze nie zrobiliśmy nic z gramatyki (to dopiero czwarta klasa, w tym dwie tzw. sześciolatków i ja na dywaniku zaledwie w drugim tygodniu II semestru, czyli lada moment po feriach zimowych).
Rodzice nie próżnowali, a dyrekcja oznajmia, że musi mnie poobserwować, czy dam radę merytorycznie i czy dostanę angaż na kolejny rok szkolny. Jaką rodzic ma moc sprawczą? Albo wydzwanianie bez wiedzy nauczyciela i dyrekcji danej szkoły do szkoły organizującej konkurs, aby przyjąć więcej prac dziecka niż regulamin podaje. Jest to bardzo przykre, szczególnie dla młodego, bardzo starającego się nauczyciela, wchodzącego do dzieci z uśmiechem i miłością, dostającego laurki w dowód sympatii, słyszącego słowa: "Jest pani najlepszym nauczycielem na świecie". O czymś to świadczy.
Dla mnie uczeń jest najważniejszy i nie widzę problemu, jeśli czasem poświecę trochę prywatnego czasu tym dzieciom, nawet po ośmiu godzinach lekcyjnych. Być może nikt inny tego dla nich tego nie robi. Być może ktoś tylko od nich czegoś wymaga, co nierzadko jest ponad ich możliwości, zatem trzeba być nauczycielem, ale chwilami także po trosze kumplem, byle nie zatrzeć granic. Smutne jest też nieco, że dyrekcja tak łatwo potrafi ulec presji rodzica.
My nauczyciele boimy się ataków, a dodatkowo nie mamy obrony. I smuci również fakt, że trudno dostać przedłużenie umowy choćby na rok, bo nawet jeśli przysłowiowo "stajesz na rzęsach", by się wykazać, komuś nadal coś nie będzie pasowało. Gdzie jest ta górna granica? Czym jeszcze mamy się wykazać, jeśli słyszymy pochwały typu: "Jest pani świetna jako człowiek - zawsze przed czasem, o co panią proszę, jest zrobione, mam wręcz do pani słabość, bo jest pani pracowita, ale jednocześnie boimy się, ze za dwa lata dzieci osiągną słabe wyniki na egzaminie..." To co ważniejsze? Sposób uczenia czy słupki w rankingach? Miłość do dzieci i nauczania czy wyścig szczurów, który w obecnych czasach trwa już od kołyski?
Na szczęście od zawsze jestem optymistką i wierzę, że miłością więcej osiągnę, niż tylko wkładaniem do głowy suchych faktów. Uczeń zawsze na pierwszym miejscu, a z rodzicami jakoś się poradzi. Na szczęście trafiają się i tacy, którzy mówią: "Jest pani wspaniała. Moje> dziecko chce chodzić na wszystkie zajęcia, które pani prowadzi". I reasumując, myślę, że właśnie dla tak pozytywnych i ciepłych słów> warto pracować z dziećmi.
Marianna
logo

Nauczyciele, Rodzice, Uczniowie - piszcie o swoich doświadczeniach na skrzynkę kontakt@mamadu.pl

Przeczytaj nasze artykuły i przyłącz się do akcji:
Współczuję Wam NAUCZYCIELE

Piszecie: "Jesteś niesprawiedliwa". Nadal uważam, że nauczyciele potrzebują więcej wsparcia niż kiedykolwiek wcześniej

Akcja: Nauczyciel. Powrót autorytetu - Wasze listy i historie