Witam,

REKLAMA
Kiedy przeczytałam wpis na Pani blogu dotyczący sytuacji nauczycieli we współczesnej polskiej szkole, pomyślałam natychmiast, że jest to tekst, który tak bardzo dotyczy mnie...
Jestem nauczycielką języka polskiego w jednej z niewielkich szkół niepublicznych na Dolnym Śląsku. Uczę od 2006 roku. Pracę zaczynałam pełna zapału i energii. Zresztą, jako nieliczna ze studentek polonistyki na naszym roku deklarowałam szczerą chęć pracy w szkole. Początki nie były łatwe. Dlaczego? Bo byłam zbyt ambitna, zderzyłam się z rzeczywistością. Uczniowie nie zawsze mieli ochotę się uczyć, nie odrabiali zadań domowych, przychodzili nieprzygotowani na lekcje... Co wtedy robiłam?
Płakałam po kątach w pokoju nauczycielskim, szukałam pocieszenia u starszych koleżanek i kolegów. Mówili: "Przyzwyczaisz się". Nie przyzwyczaiłam się. Dalej jestem nauczycielem, który stara się zawsze dobrze i rzetelnie wykonywać swoje obowiązki. Zawsze jestem przygotowana do lekcji. Zawsze staram się dużo z dziećmi rozmawiać, tłumaczyć, wyjaśniać. Również na lekcjach wychowawczych. Bo dla mnie lekcje wychowawcze nie są po to, aby uzupełnić dziennik, tylko po to, żeby poruszać ważne kwestie.
Jestem też wychowawcą w świetlicy. Ponieważ pracuję w szkole niepublicznej, moja pensja nie jest naliczana według stopnia awansu nauczyciela, w związku z tym, aby starczyło na życie, "dorabiam" biorąc dodatkowe godziny. I mimo że jest to dodatkowe zajęcie, to też wykonuję je dobrze. Przynajmniej w mojej ocenie. Owszem, nie wycinam i nie rysuję z dziećmi, bo zwyczajnie nie mam do tego predyspozycji, ale pomagam w lekcjach, rozmawiam, przytulam, kiedy trzeba wycieram nos, pocieszam, a przede wszystkim PILNUJĘ, aby podczas swobodnych zajęć w sali czy na placu zabaw nie stała się im krzywda.
Ktoś może powiedzieć, że oceniam siebie pozytywnie i jestem nieskromna i bezkrytyczna. Nie, nie jestem. Mam też swoje wady. Czasami reaguję zbyt impulsywnie, łatwo się denerwuję i bywam niecierpliwa. Ale kiedyś taka nie byłam. Do pracy przychodziłam zadowolona i uśmiechnięta. Teraz? Coraz częściej wstaję rano i nie mam ochoty iść do szkoły. Dlaczego?
Bo czuję, że zawód, który wykonuję, nie cieszy się już szacunkiem i autorytetem. Bo coraz częściej jestem atakowana, obrażana. Przez kogo? Właśnie przez rodziców. Rodziców, którzy często uważają, że jedyną obroną jest atak. Rodziców, którym nie wolno się poskarżyć czy zwrócić uwagi, że dziecko zachowało się nieodpowiednio. Przez rodziców, którzy mają pretensje o to, że pani zrobiła niezapowiedzianą kartkówkę, postawiła jedynkę za brak zadania, czy przeprowadziła rozmowę z uczniem, który narozrabiał. Rodziców, którzy wiecznie są niezadowoleni: bo szkoła nie ma dobrej bazy sportowej, bo nie ma wystarczającej liczby kółek zainteresowań. Rodziców, którzy oceniają - niesłusznie - moje intencje. Nawet, kiedy zorganizowałam pomoc i paczki świąteczne dla dzieci z rodzin potrzebujących, poleciała na mnie lawina nienawiści. Fakt, było w tym trochę mojej winy, ale nie o tym miałam pisać.
Faktem jest, że żaden z rodziców nie przyszedł porozmawiać, tylko zaczął się regularny atak. Nie wspomnę o tym, że rodzice często wykorzystują sytuację, pozwalają sobie na pisanie maili i telefony o godz. 7 rano czy 20 wieczorem. Bo nauczyciel musi być dyspozycyjny całą dobę. Nie ma prawa iść na zwolnienie lekarskie, pomylić się przy sprawdzaniu klasówek, być zwyczajnie zmęczony.
Nie cierpię zebrań z rodzicami. Dlaczego? Bo się ich zwyczajnie boję. Bo często widzę znużone, ziewające twarze osób, którym się spieszy albo wysłuchuję fali kolejnej krytyki. Czasami jestem obrażana, kiedy jakiś rodzic przychodzi i na mnie krzyczy, używając nawet wulgarnych epitetów. Często też zdarza się, że słyszę w sklepie stojąc w kolejce, jak jedna mama drugiej mamie opowiada, jacy to my - nauczyciele jesteśmy... I wcale nie są to słowa pochwały. Często zdarza się, że te słowa wiecznie niezadowolonych rodziców powtarzają uczniowie. Również ci najmłodsi. I jak tu mieć autorytet...?
Nikt nie bierze pod uwagę tego, że ja jako nauczyciel chcę dla swoich uczniów jak najlepiej, a że rzeczywistość szkoły, w której pracuję, jest dość specyficzna, muszę czasami z czegoś zrezygnować lub odpuścić. Ale staram się być dobrym nauczycielem. I wychowawcą. I też jest mi zwyczajnie przykro, kiedy słyszę, jak ktoś mnie krytykuje, a nie dostrzega mojego codziennego wysiłku i trudu...
To wszystko boli, ale prawda jest taka, że chyba zrozumie mnie tylko drugi nauczyciel...
I chyba tylko on przeczyta moją wypowiedź do końca.
Może jest ona trochę chaotyczna, ale szczera. Dziękuję, że mogłam to z siebie "wyrzucić".
Pozdrawiam,
Agatta
logo

Nauczyciele, Rodzice, Uczniowie - piszcie o swoich doświadczeniach na skrzynkę kontakt@mamadu.pl

Przeczytaj nasze artykuły i przyłącz się do akcji:
Współczuję Wam NAUCZYCIELE

Piszecie: "Jesteś niesprawiedliwa". Nadal uważam, że nauczyciele potrzebują więcej wsparcia niż kiedykolwiek wcześniej

Akcja: Nauczyciel. Powrót autorytetu - Wasze listy i historie