REKLAMA
Nazywam się Marta, mam 21 lat, obecnie jestem na II roku studiów administracji na Uniwersytecie Opolskim.
Wcześniej ukończyłam 4 letnie technikum weterynaryjne w J.G., a jeszcze wcześniej gimnazjum i szkołę podstawową w R. Przeczytałam Pani artykuł "Współczuję Wam NAUCZYCIELE”, na jego końcu umieściła Pani apel co prawda do rodziców i nauczycieli, ja nie należę do żadnej z tych kategorii, ale chciałabym opowiedzieć trochę o tym, jak to wyglądało moimi oczami. Uczennicy, która wychowała się już w nowym systemie edukacji i obserwowała zmianę w podejściu uczniów do nauczyciela i rodziców (o zgrozo także własnych).
Zacznę od gimnazjum, z tego okresu w pamięci utkwiły mi najbardziej lekcje
z Panem Waldkiem - nauczycielem niemieckiego. W naszej szkole klasy były dość duże, więc na języki stosowano podział na grupy. Godziny były te same, z tym że w jednym czasie jedna grupa miała angielski, a druga niemiecki. W pierwszej klasie się to sprawdzało, gorzej było później. Pani od angielskiego dostała propozycje lepszej pracy i wyjechała z R.
Na początku drugiej klasy powitał nas nowy nauczyciel, jednak zrezygnował po tym, jak jeden z uczniów, wtedy pierwszoklasista! Groził mu, że spali go w jego własnym samochodzie. Oficjalnie podał w wypowiedzeniu, że z przyczyn prywatnych. Ale to właśnie wtedy zaczął się koszmar w naszej klasie. W obliczu tego, że nie można było znaleźć na jego miejsce, wszystkie zastępstwa spadły na Pana Waldka. Śmialiśmy się wtedy, że wprowadzono nam germanizacje do szkoły, gdyż wszystkie lekcje języka obcego (4h tygodniowo). Na tych zajęciach Pan Waldek był… no cóż poniżany to bardzo delikatne słowo przy tych okolicznościach. Epitetów pod jego adresem padało na lekcjach tyle, że nie dało się ich zliczyć. Na zajęciach kilku uczniów zabawiało się rzucając mu petardy pod nogi.
Pan Waldek mimo wszystko usiłował prowadzić zajęcia, wpisując uporczywie notatki do zeszytu uwag (niektórzy uczniowie mieli po 3-4 strony A5), a najlepsze w tym wszystkim jest to, że on i tak twierdził, że nie jesteśmy najgorszą klasą. Kiedy zatrudniono nową nauczycielkę angielskiego wprowadzono inny podział na grupy, zrobiono nam testy i podzielono nas na grupę językowo słabszą i lepszą. Ja nigdy nie byłam poliglotą, więc trafiłam do tej słabszej. Osobiście uważam, że nie był to najlepszy pomysł. Ale dzięki temu, przynajmniej część klasy się uczyła.
Podczas gdy na naszych zajęciach moi koledzy jeździli po salach na krzesłach na kółkach śpiewając piosenki disco polo. Jednak w szkole byli też nauczyciele, którzy budzili respekt. Jednak w przeważającej większości byli to ludzie, którzy wrócili z emerytury, bo potrzeba było kogoś kto wychowa te dzicz, nazwaną uczniami. I tu przykra dla mnie sprawa, zawsze byłam leniwym uczniem, nie odrabiałam zadań domowych itp., skutkowało to oczywiście niskimi ocenami, zwłaszcza z matematyki, przy tym byłam dość zdolna i jeździłam na konkursy matematyczne. Doszło nawet do sytuacji, że jednocześnie miałam zagrożenie
z matematyki i jechałam na konkurs. Podkreślam, wszystko to było z mojej winy. Jednak moja argumentacja nie przemawiała do moich rodziców.
Na jednej z wywiadówek moja mama zażądała, by Pani od matematyki była na niej obecna
i urządziła tam piekło… Że ona niby za dużo zadaje, że tak zdolne dziecko jak ja nie potrzebuje tyle razy przykładów. Później nauczycielka, nic nie zmieniła w swoim zachowaniu – i dziękuje jej za to, bo tylko dzięki niej nie miałam zaległości w tej materii w technikum. Strasznie mi było wstyd za moją mamę, więc po prostu już z zażenowania robiłam grzecznie te zadania domowe.
Technikum, z dala od domu, bursa szkolna – zupełnie inne otoczenie i system wartości. To tu poznałam nauczycieli, którzy nie tylko uczyli mnie, ale także ukształtowali.
Teraz gdy o tym myślę, może miało na to wpływ to, że byłam daleko od rodziców. W większości bardzo młoda kadra. Nauczyciele skutecznie wprowadzali system bycia jednocześnie w niektórych aspektach na stopniu koleżeńskim z uczniem, jednocześnie zachowując jednocześnie taki dystans, by zajęcia nie zmieniły się jarmark. Przekazywali skutecznie wiedzę i zmuszali do samodzielności i systematyczności (wow!). Jeśli był jakiś problem, można się było z nimi umówić po zajęciach i z nimi rozmawiać. Nie tylko o zajęciach.
Pani od zajęć zawodowych, przy której jednocześnie śmialiśmy się czasem do łez, a jednocześnie nikt mnie teraz nie zagnie z podstawowych zagadnień z diagnostyki chorób zwierząt. W czwartej klasie połączono nam szkoły i zmieniła mi się część nauczycieli, między innymi polonistka, wtedy zauważyłam, co się dzieje w tej szkole. Nowa Pani polonistka pracowała w naszej szkole już od długich lat, jednak ja miałam z nią tyko katechezy. Kobieta nie wytrzymywała już presji. Ponoć prosiła dyrektorkę, by nie musiała już uczyć polskiego, jednak pani dyrektor nie dość, że nie spełniła jej prośby, to jeszcze „wlepiła jej” wszystkie klasy maturalne!
Pani J. na zajęciach zachowywała się co najmniej dziwnie. Często kiedy coś mówiła, przebierała nogami, przerywała i traciła wątki. Naprawdę staraliśmy się jej nie przeszkadzać w zajęciach, tak by wynieść z nich jak najwięcej, ale to było naprawdę utrudnione. W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że Pani J. chyba słyszy jakieś głosy nie chcę tu żartować, ani broń boże jej ośmieszać. Ale naprawdę na zajęciach cisza jak makiem zasiał, a ona wyprasza z klasy osoby, które jej zdaniem gadają, chociaż naprawdę nic się nie odzywają.
Kiedy przyjrzałam się bliżej jej życiu codziennemu w ogóle nie byłam już zdziwiona. Przez 4 dni w tygodniu rozpoczynała zajęcia od fakultetów o 7 rano. Później zajęcia, w przerwach między nimi czytała lektury, sprawdzała kartkówki i sprawdziany, a tu warto zaznaczyć, że oprócz klas maturalnych miała też kilka klas z młodszych roczników. Często zastanawialiśmy się po co ona czyta tyle razy te lektury, przecież co roku przerabia je na nowo, musi je pamiętać. Kiedyś nawet zapytaliśmy ją o to, powiedziała wtedy, że chcę mieć je na świeżo, by dorównywać nam wiedzą. Osobiście uważam, że bała się, że nie będzie czegoś pamiętać i któryś z uczniów jej to wytknie i będzie się z niej śmiał.
Po szkole krążyła historia o tym, jak któregoś roku jej klasa kiepsko zdała matury i Pani dyrektor miała się temu bacznie przyjrzeć, ponoć to po roku przyglądania się, Pani J. tak „odbiło”. Z całym szacunkiem, mam wrażenie że w tej szkole nauczyciele nie są dobrze traktowani. I tu oprócz uczniów i rodziców muszą zmagać się też ze zwierzchnikami. Pamiętam przesympatycznego Pana od historii, który wychodził z pokoju nauczycielskiego cały czerwony ze wściekłości, po czym brał głęboki oddech i wchodził na zajęcia z szerokim uśmiechem i opowiadał o zamachu na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda tak ciekawie, że nawet gdy zadzwonił dzwonek, nikt nie ruszył się z miejsca dopóki nie skończył.
Kiedyś zastanawiałam się, czy da się im pomóc, ale przecież ja nic nie wiem, mnie nie ma w tym pokoju nauczycielskim. Raz tylko słyszałam, jak Pani dyrektor wrzeszczy na kadrę w trakcie rady… Byłam na korytarzu czekałam na Pana od wosu, który miał mi pożyczyć jakąś książkę. Strasznie mi było szkoda tych ludzi. Jejku, wspomniany Pan od wosu był dla mnie jak wujek. Można było z nim rozmawiać o wszystkim. Był i jest dla mnie wielkim autorytetem, dużo większym niż wielcy wykładowcy i tytułowani profesorowie, których spotkałam później na uczelni. Każdemu, kto potrzebował i się do niego zgłosił pomagał, jeździł do szkoły rowerem z zawsze wypakowaną jakimiś książkami dla uczniów torbą.
Nauczyciele nie mają łatwego życia, chciałam Pani opisać, jak ja to widziałam w miarę obrazowo, mam nadzieję, że to, co napisałam jest zrozumiałe ;) . Dziś patrzę na te osoby z wielkim sentymentem, a wspomniany Pan od wosu jest dla mnie bohaterem, gdyż naprawdę pomógł mi ukształtować swój system wartości i odnaleźć siebie. Ostatnio, gdy w wiadomościach zostało wspomniane, że nauczyciele chcą strajkować, moja ciotka (starsza osoba) z oburzeniem wykrzyknęła, że „nie dość że mają tyle wakacji to jeszcze kasy więcej chcą, lepiej by dali górnikom więcej, bo chłopakom się należy”. Brakło mi słów. Każdemu który uważa, że nauczyciele mają zbyt wiele wolnego, chciałabym przytoczyć przykład Pani J.
Pozdrawiam,
Marta
logo

Nauczyciele, Rodzice, Uczniowie - piszcie o swoich doświadczeniach na skrzynkę kontakt@mamadu.pl

Przeczytaj nasze artykuły i przyłącz się do akcji:
Współczuję Wam NAUCZYCIELE

Piszecie: "Jesteś niesprawiedliwa". Nadal uważam, że nauczyciele potrzebują więcej wsparcia niż kiedykolwiek wcześniej

Akcja: Nauczyciel. Powrót autorytetu - Wasze listy i historie