Fot. Flickr/[url=https://www.flickr.com/photos/juanedc/15299459265/]Juanedc[/url] / [url=http://bit.ly/mamadu]CC BY[/url]
Fot. Flickr/[url=https://www.flickr.com/photos/juanedc/15299459265/]Juanedc[/url] / [url=http://bit.ly/mamadu]CC BY[/url]

„Jesteście narodem marud" mówi mąż mojej przyjaciółki, Włoch. To źle, tamto niedobrze. Ludzie, system, korki, praca. Ble, ble. „Wszystko przez nasze utrwalane latami nawyki" tłumaczę. „To je zmieńcie". Pracujcie nad sobą, bądźcie zadowoleni. Próbowałam przez jeden dzień. Na początku było strasznie.

REKLAMA
Człowiek na ogół nie ma świadomości na ile rzeczy narzeka, jak często powtarza: „Ale ten ktoś głupi", „Ta praca to straszna", „Boże, znowu te korki, jak ci ludzie jeżdżą".
Część marud zasłania się niektórymi badaniami, które wykazują, że czarnowidztwo popycha do zmian, pozwala lepiej ocenić sytuację i przygotować się na problemy i zagrożenia. No i oczywiście, czy bez pesymistów powstałyby najlepsze piosenki, wiersze, filmy.
Ale to przecież co innego. Jedno to mieć melancholijną duszę. Drugie to zatruwać życie sobie i innym wiecznym gderaniem.
Postanowienie
„Chcę być jak Ewa Chodakowska" jęknęłam do przyjaciółki, która właśnie zadzwoniła. „O nie, mam dość" jęknęła z kolei ona. Dlaczego otaczają mnie same neurotyczki. „Czy ty zawsze musisz mieć jakiś problem?!" Na początku foch. W ogóle nie uważam, że zawsze mam jakiś problem. Co więcej, wydaje mi się, że jestem urodzoną optymistką.
Aha, aha, aha. Akurat. Postanowiłam przez jeden dzień patrzeć na wszystko optymistycznie. I sprawdzić – naprawdę to umiem, czy tylko mi się wydaje. Wbrew pozorom większość osób ma zawyżoną samoocenę i postrzega się lepiej niż postrzegają ich inni.
Wyciągnęłam poradniki psychologiczne, które kiedyś – w przypływie szaleństwa – kupiłam. O, na przykład „Pozytywność. Naukowe podejście do emocji, które pomaga zmienić jakość życia" Barbary Fredrickson. Albo „Bądź lepszą wersją siebie" Lindy Adams. Wróciłam też do książki, którą polecam każdemu. „Życie piękna katastrofa" Jona Kabat-Zinna. To biblia mindfulness.

5 rzeczy, które normalnie mnie totalnie wkurzają…

1. To, że mój syn jest zupełnie inny ode mnie
Jakiś taki powolny, zen, niezależny, mało towarzyski. „Aaaaaaaaa" mam ochotę wrzeszczeć za każdym razem. Nie okazuje mu tego, ale w środku myślę czasem: „no przecież on sobie w życiu nie poradzi"!
2. Korki
Nienawidzę człowieka, który podpalił warszawski most Łazienkowski. Wkurza mnie marnowanie czasu w aucie i kilometrowe korki.
3. Ludzie
Wstydzę się do tego przyznać, ale czasem też.
4. Ja sama
Że za gruba, za mało ładna, niezorganizowana, beznadziejna matka, żona. Same kłopoty.
5. Rodzina
Moja przyjaciółka trochę mnie wczoraj uspokoiła, zwierzając się, że jej matka doprowadza ją do palpitacji serca czasem. Bo dzwoni w najmniej odpowiednim momencie, bo mówi najmniej odpowiednie rzeczy i nie rozumie tego.
logo
Fot. Flickr/[url=https://www.flickr.com/photos/giuseppemilo/16436597548/]Giuseppe Milo[/url] / [url=http://bit.ly/mamadu]CC BY[/url]
No tak, to powyżej to prawdziwe wyznanie optymistki i człowieka niemarudzącego.
Nie lubię taniej psychologii, ale przetrenowałam ( i Wam też radzę).
Nasz codzienny stres (np. o dziecko, o miłość, pracę) jest tylko i wyłącznie wynikiem emocji, które z kolei wzięły się z naszych (zwykle czarnych) myśli.
Po pierwsze: gdy mój syn znowu powiedział, że nie chce iść do kolegi, zamiast marudzić w duchu: „Boże, dlaczego on taki jest" , próbowałam na siłę zmienić swoje nastawienie. Pomyślałam: „W zasadzie to nie wszyscy muszą być towarzyscy, on da radę". Te myśli – na siłę – jakoś mnie uspokoiły. Nie pojawiła się codzienna panika, że on jest jakiś inny.
Po drugie: gdy jechałam w korkach i miałam ochotę już kogoś zwyzywać, wzięłam głęboki oddech i – na siłę – wytłumaczyłam sobie, że skoro nie mam wpływu na ten korek to nie będę się nim stresować. Włączyłam muzykę i zaczęło być… fajnie. Bo jednak samochód to moja wolność. Wydaje mi się to głupie, ale tak naprawdę się stało.
Po trzecie: zamiast skrzywić się w stronę pani, która wepchnęła się bez kolejki, na siłę opanowałam poczucie irytacji, zaczęłam mówić sobie, że co mi tam pięć minut dłużej, ona może wściekła, śpieszy się. A ja w sumie nie. I cała złość mi puściła.
Przestałam marudzić koleżankom, że ktoś mnie wkurza, na pytanie „co u mnie?", mówiłam o dobrych rzeczach. Popołudniu moja przyjaciółka psycholog zaczęła pisać mi błagalne SMS-y. „Boże, przestań, nie zniosę tego dłużej. Bądź sobą, bądź znów neurotyczką".
I tu doszedł kolejny temat: dlaczego czasem marudzimy i dlaczego – wbrew pozorom – niektórym to pasuje.
Czasem marudzimy, żeby inni czuli się z nami bezpieczni. Nie chcemy epatować tym, że nam dobrze, wychodzić przed szereg. Mówienie o złych rzeczach sprawia, że ludzie nam nie zazdroszczą, nie czują się z nami niekomfortowo. To też dla nas forma kontroli. „Nie jest u mnie dobrze, więc nic się nie zawali" – tu z kolei wygrywa typowo polskie przekonanie, że za każdą chwilę szczęścia trzeba zapłacić.
I kolejna sprawa. Naprawdę jest tak, że niektórzy nie lubią, gdy innym jest za dobrze. Czują się wtedy zagrożeni, czują zazdrość, czyjaś – dobra – sytuacja sprawia, że ich wydaje się jeszcze gorsza.
To zdaniem przyjaciółki, psychologa.
Dzień optymizmu minął, ja uczę się nad sobą pracować. Włoch, mąż mojej przyjaciółki pracuje ciężko 12 godzin na dobę. Mimo tego wraca do domu z uśmiechem, pomaga przy dzieciach, przyjmuje nas – przyjaciół serdecznie, śpi po kilka godzin, wstaje zadowolony.
„Czy on nie udaje?"spytałam kiedyś podejrzliwie przyjaciółki.
„Nie, kochanie, on po prostu taki jest. I prawie wszyscy tutaj tacy są".
Może gdybyśmy tak wszyscy zaczęli?