
W innych ludziach najbardziej nas drążnią cechy, które sami mamy, a których nie akceptujemy – mawia moja przyjaciółka psycholog. „Oesu, ale nudzisz” odgryzałam się zwykle. Dziś przepraszam się z jej teoriami. Przepraszam się również z teoriami innej psycholog, która powtarza, że jeśli coś nas złości w naszym dziecku – to powinniśmy się przede wszystkim przyjrzeć sobie. I temu dlaczego akurat taka, a nie inna cecha budzi w nas takie emocje? Też ją mamy? Jest tak inna od tego, co uznajemy za wartościowe? Budzi nieprzyjemne wspomnienia?
REKLAMA
Kiedyś byłam matką idealną (już o tym chyba pisałam). Cierpliwą, łagodną. Kobieta zen. No cóż, naprawdę żadna to filozofia być idealną matką dla idealnego (czyt. niesprawiającego problemu) dziecka. Wszystko zmieniło się jakiś rok temu. „Ktoś nam podmienił dziecko" jęknęłam do Męża, kiedy Syn kolejny raz odsłaniał swoje nowe (przerażające) – oblicze.
Tak o to poznałam prawdziwy trud macierzyństwa – kochać kogoś kogoś nie za to, że jest idealny (phi, co to za sztuka), ale kochać kogoś mimo tego, że jest jaki jest.
Tak o to poznałam prawdziwy trud macierzyństwa – kochać kogoś kogoś nie za to, że jest idealny (phi, co to za sztuka), ale kochać kogoś mimo tego, że jest jaki jest.
Ostatni weekend (w pięknym mieście na Z. Ze wspaniałymi przyjaciółmi, dwójką ich synów) uświadomił mi, że są cechy, których w swoim dziecku nie lubię. Bardzo.
Nie znoszę ich w nim czy w sobie?
Po pierwsze UPÓR
„Nie pójdę", „Nie zrobię", „Nie chcę" – to bardzo lubiane słowa Syna. Wierzę w wychowanie bez przemocy, więc rozmawiam, próbuję dotrzeć do Potomka. Mąż – w tym samym czasie – wychodzi z siebie i staje obok. „Nie wytrzymam" syczy do mnie cicho. „Też nie wytrzymam" kiwam głową ze zrozumieniem.
„Nie pójdę", „Nie zrobię", „Nie chcę" – to bardzo lubiane słowa Syna. Wierzę w wychowanie bez przemocy, więc rozmawiam, próbuję dotrzeć do Potomka. Mąż – w tym samym czasie – wychodzi z siebie i staje obok. „Nie wytrzymam" syczy do mnie cicho. „Też nie wytrzymam" kiwam głową ze zrozumieniem.
Bo – wydaje się – nie ma człowieka, który miałby tylko uporu w sobie, co nasz Syn. Jego „nie" jest silniejsze od wszystkich „nie", które kiedykolwiek słyszałam.
Ale na pewno?
Ale na pewno?
Jakiś czas temu wylądowaliśmy w gabinecie psychologa dziecięcego. „Bo on ciągle ma focha" żaliliśmy się. Pani D. , drobna, z włosami spiętymi w kok bombardowała nas prawdą o nas. „A kto z państwa jest taki uparty?" spytała. „Mąż" odpowiedziałam skwapliwie. „Żona" odrzekł on. „Aha" uśmiechnęła się pani D. W jej „aha" mieściło się wszystko.
Gdy byłam mała dostałam zakaz oglądania bajki. „Chcesz mnie tak ukarać? To ja od dziś nienawidzę bajek" powiedziałam do mamy. I naprawdę nigdy już żadnej bajki nie obejrzałam.
„Nie" Męża jest znane wśród wszystkich znajomych. Bo jego „nie" znaczy naprawdę nie i niechże ktoś spróbuje go przekonać.
„Nie" Męża jest znane wśród wszystkich znajomych. Bo jego „nie" znaczy naprawdę nie i niechże ktoś spróbuje go przekonać.
Dlaczego dziwimy się więc, że uparty jest nasz syn?
Po drugie: brak systematyczności
„Później odrobię lekcje" mawia Syn. Do tego ziew. I ja pani asystentka. „Pamiętasz, że musisz przygotować mapę na angielski? Poznać tabliczkę mnożenia?" „To naprawdę na jutro? Na jutro??? Ale jak to?". Walę głową w ścianę. Jak można być tak nieodpowiedzialnym. Nie pamiętać o zobowiązaniach, a potem stwierdzać lekko „A przecież nic się nie stało". Snuję katastroficzne wizje. Z takim podejściem osiągnie Nic i będzie Nikim.
Pani D. uśmiecha się do mnie niemal czule. „A pani jest systematyczna?"
Ze wstydu zapadam się pod ziemię. Milion tekstów nieoddanych na czas (albo nieoddanych w ogóle). Milion „obiecuję", „spotkam się", a potem odwoływanie.
„Później odrobię lekcje" mawia Syn. Do tego ziew. I ja pani asystentka. „Pamiętasz, że musisz przygotować mapę na angielski? Poznać tabliczkę mnożenia?" „To naprawdę na jutro? Na jutro??? Ale jak to?". Walę głową w ścianę. Jak można być tak nieodpowiedzialnym. Nie pamiętać o zobowiązaniach, a potem stwierdzać lekko „A przecież nic się nie stało". Snuję katastroficzne wizje. Z takim podejściem osiągnie Nic i będzie Nikim.
Pani D. uśmiecha się do mnie niemal czule. „A pani jest systematyczna?"
Ze wstydu zapadam się pod ziemię. Milion tekstów nieoddanych na czas (albo nieoddanych w ogóle). Milion „obiecuję", „spotkam się", a potem odwoływanie.
Nienawidzę tej cechy. Tak, jest słaba.
Ale żyję? Mam przyjaciół? Pracę? Zarabiam? Potrafię potem się sprężyć i wszystkie zaległości nadrobić w tydzień?
Ale żyję? Mam przyjaciół? Pracę? Zarabiam? Potrafię potem się sprężyć i wszystkie zaległości nadrobić w tydzień?
Dlaczego dziwię się więc, że niesystematyczny jest mój Syn?
Po trzecie: nadwrażliwość
„Mamo, boję się” słyszę w nocy. „Oesu” myślę. Bo On boi się: duchów, ciemności, myszy, wyjeżdżania bez nas na wakacje. „Nie ma się czego bać” tłumaczę dojrzale. Obudowuje to psychologią (oczywiście dostosowaną do jego wieku). I bardzo zazdroszczę matkom, które mają odważne dzieci.
„Mamo, boję się” słyszę w nocy. „Oesu” myślę. Bo On boi się: duchów, ciemności, myszy, wyjeżdżania bez nas na wakacje. „Nie ma się czego bać” tłumaczę dojrzale. Obudowuje to psychologią (oczywiście dostosowaną do jego wieku). I bardzo zazdroszczę matkom, które mają odważne dzieci.
A potem sama budzę się w nocy. Myślę o śmierci, chorobach, przemijaniu. Myślę o ludziach, których straciłam. O rzeczach, których nie zrobię. Naprawdę często się boję. „Masz osobowość lękową" mawia moja przyjaciółka psycholog.
Dlaczego więc dziwię się, że boi się mój Syn?
Po czwarte: Aspołeczność
„Nie lubię W." „Nie zaproszę na urodziny F., bo on mnie nie zaprosił. Dlaczego mam być dla niego miły?" pyta mnie Syn. Ja– pani Miła– gryzę z rozpaczy palce. Koszmar. Dramat. „Jak tak można???"
„Nie lubię W." „Nie zaproszę na urodziny F., bo on mnie nie zaprosił. Dlaczego mam być dla niego miły?" pyta mnie Syn. Ja– pani Miła– gryzę z rozpaczy palce. Koszmar. Dramat. „Jak tak można???"
„Moje dziecko nie ma żadnych umiejętności społecznych" żalę się u pani D.
„A dlaczego pani w ogóle uważa, że one są potrzebne?" pyta D. miło.
„A dlaczego pani w ogóle uważa, że one są potrzebne?" pyta D. miło.
I potem: A kto w państwa domu jest raczej skryty, nie potrzebuje towarzystwa innych ludzi? Wbijamy wzrok w podłogę. „Ja" stwierdza Mąż.
Dlaczego, więc dziwimy się, że nasz Syn nie nie jest towarzyski skoro z trudem namawiam Męża, żebyśmy zorganizowali kolacje dla znajomych?
Podobno inni ludzie są naszym lustrem.
Ale ja myślę, że dziecko jest naszym lustrem do potęgi entej.
Ale ja myślę, że dziecko jest naszym lustrem do potęgi entej.
Czasem widzimy w nim siebie, czasem to, czego nie chcielibyśmy widzieć (w sobie lub partnerze).
Czasem przypomina się nam nasze dzieciństwo. Czasem to, czego nigdy nie dostaliśmy. I czego dziś– choć chcemy– też nie potrafimy dać.
Czasem przypomina się nam nasze dzieciństwo. Czasem to, czego nigdy nie dostaliśmy. I czego dziś– choć chcemy– też nie potrafimy dać.
Łatwiej jest kochać dziecko idealne. Które realizuje nasze marzenia i wyobrażenie o życiu.
Trudniej – oddzielną istotą.
Trudniej – oddzielną istotą.
Łatwiej się na dziecko złościć– trudnej przyjrzeć się tej złości i zastanowić się dlaczego właściwie ją czujemy.
Bo to nigdy nie jest wina dziecka, że jesteśmy wkurzeni.
Nie jego wina, że się nie sprawdzamy.
Nawalamy.
Uciekamy.
Że syczymy: „zmień się".
Kto ma się zmienić? Ono, czy my?
Nie jego wina, że się nie sprawdzamy.
Nawalamy.
Uciekamy.
Że syczymy: „zmień się".
Kto ma się zmienić? Ono, czy my?
