Gdyby ktoś się mnie zapytał, czego chciałabym nauczyć swoje dziecko, powiedziałabym, że tylko jednego: braku nienawiści. Z całą resztą poradzi sobie sam.

REKLAMA
Dziś na Facebooku mojej koleżanki pojawił się taki status. „Pracuję z Niemcami. Nigdy nie myślę o nich w perspektywie wojny, obozów koncentracyjnych i trudnej przeszłości. Wczoraj jednak, kiedy zadzwonił do mnie kolega Niemiec, pomyślałam, że 75 lat temu, sytuacja byłaby dość prosta: on stałby na rampie - a ja przyjechałabym do Auschwitz pociągiem. Tak po prostu. Ogoliliby mi głowę, zabrali ubranie, poszłabym razem z rodziną do gazu. Jego przodkowie mordowali moich. Mój Dziadek, Daniel Szajner, jako jedyny z całej rodziny przeżył wojnę. Mojego syna uczę, że nie można żyć nienawiścią".
„Ohydnaaaa, grubaaaa świnia" – wrzeszczy mój kilkunastoletni sąsiad. Marna to ulga, że nie za mną, tylko za dziewczynką w swoim wieku. „Dlaczego tak do niej mówisz?!" strofuje go. „Bo jest gruba. Proszę zobaczyć, jak wygląda. Grubiii ludzieeee są ohydni" mówi, a jego twarz wykrzywia się w przerażającym grymasie. „Te, grasz w piłkę czy nie grasz, koleś. Nie grasz?! Ale ciota. CIOTA!" słyszę dialog dziesięcioletnich chłopców. „Nie lubię Żydów, bo byli skąpi" rzuca na przyjęciu ośmiolatek. Ośmiolatek? Skąd on właściwie wie takie rzeczy.
Nie lubię (NIE LUBIĘ, TAK) domów, w których jest dużo nienawiści. Gdzie mówi się, że Żydzi, Czarni są niefajni, że wszystko przez Baracka Obamę, Kaczyńskiego, Tuska. Gdzie zawsze ktoś jest winny. Uważam, że to jest zaraźliwe. Że po dzieciach można łatwo zobaczyć, nie tylko o czym się mówi w domu, ale też jaką energię mają rodzice.
Gdy byłam nastolatką często odwiedzałam przyjaciółkę. Jej mama była biologiem, tata profesorem filozofii. Lubiłam zapach ich książek, gorącą herbatę z dzbanka i to, że rozmowy u nich zawsze były o Czymś. Ale bywało, że czułam się skrępowana. Po latach zrozumiałam. W tym domu było dużo złości. Może inaczej: niechęci. Do ludzi mniej wykształconych. Nie z naszego (elitarnego) warszawskiego Żoliborza. Byli ci mądrzy, czytający książki, i ci gorsi– po drugiej stronie. Bez intelektualnej fantazji.
Potem poznałam świat nienawiści wobec tych, którzy nie mają pieniędzy. Są gorsi, bo niezaradni, bo głupi, bo nieambitni. To był świat mojego pierwszego narzeczonego i jego rodziny. Po latach zrozumiałam– najbardziej kochał we mnie to, że byłam – właśnie– z Żoliborza, moi rodzice mieli dom, ogród, mama była redaktor naczelną dużego wydawnictwa książkowego, tata współwłaścicielem firmy i często latał na inne kontynenty.
Potem – przez pracę– spotkałam, z kolei, ludzi, dla których ważne było piękno. Na świecie są ładni i brzydcy. Ci pierwsi mają szczęście, wiadomo, drudzy pecha. Szefowa (tak, ta sama, która mówiła, że czeka na nią pies) czasem mówiła: „Pani taka ładna, może pani wiele osiągnąć". Albo: „niech pani schudnie, szkoda pani urody". A czasem o kimś innym szeptała: „Jezu, jaka, ona jest brzydka. Straszne. Ludzie brzydcy muszą być tacy nieszczęśliwi".
Gdy żyje się intensywnie, wpada do wielu światów, wyraźnie widzi się też , że nienawiść, złość może dotyczyć wszystkiego i wszystkich. To tylko kwestia wartości. Możesz gardzić brzydkimi, nieoczytanymi, grubymi, niegospodarnymi, biednymi. Wszystko zależy od tego jakie wartości ma grupa, do której należysz ( z którą się identyfikujesz). To czasem jest doprawdy śmieszne, gdy siedzisz w biurze, gdzie szefowa macha nogą i mówi, że to wstrętne, jak niektórzy o siebie nie dbają, a potem wpadasz do domu intelektualistów, gdzie słyszysz, że koncentrowanie się na swoim wyglądzie to obciach obciachów.
To jest śmieszne dopóki mamy dystans do tych swoich Jedynie Słusznych Poglądów.
Robi się źle, gdy wierzymy, że są one są Słuszne NAPRAWDĘ.
Tak czy siak, z tego właśnie rodzi się, wszystko co złe. Poczucie, że możesz o kimś decydować, możesz go niszczyć, obrażać. Z jaką łatwością możesz wpuścić w to swoje dziecko, które jest jak gąbka. Powiesz, że coś jest białe, dobre, złe– ono przyjmuje to, jak własne. To dlatego ośmiolatek myśli, że żydzi są skąpi, a grubi ohydni.
Pamiętam film „Biała wstążka" (reż. Michael Haneke) – akcja rozgrywa się w Niemczech, w ciągu roku poprzedzającym wybuch I Wojny Światowej. Film opowiada tak naprawdę o dzieciach, o fanatycznym, niemieckim, wychowaniu i jego skutkach. Każdy kto obejrzał „Białą wstążkę" lepiej zrozumiał (o ile w ogóle można zrozumieć) to, co się działo z Niemcami w latach 30 tych. i 40 tych. Na początku filmu widzimy normalnego, wrażliwego chłopca. Na koniec kogoś, kto jest w stanie – na złość ojcu oprawcy– skręcić małemu kanarkowi kark.
„Mojego syna uczę, że nie można żyć nienawiścią" napisała moja koleżanka.
Podpisuję się pod jej słowami i dodaję słowo: „Próbuję".
Nie mówię nawet o rzeczach wielkich. Bo nienawiść nie zaczyna się od tego, że mówisz źle o Żydach, Polakach, Czarnych, że myślisz, że są gorsi. Ona zaczyna się od małych rzeczy.
Od plotek przy stole, wyśmiewaniu się ze starszej sąsiadki w moherowym berecie i sąsiada z nadwagą. Od używania przy dziecku takich przymiotników, jak: „głupi", „beznadziejny", „gorszy". Nawet nie w stosunku do niego, ale w stosunku do ludzi w ogóle. Od dawania do zrozumienia, że my jesteśmy lepsi– bo mamy dom, pieniądze, książki (wpisać proszę właściwe), jeździmy na nartach, nie jeździmy, cokolwiek. Zaczyna się od zjadliwego śmiechu i debatowania na temat gości, którzy właśnie wyszli: „Mają beznadziejne małżeństwo, ciuchy, zasady"...
Kiedy czasem jestem zła i mam ochotę wylać z siebie wiadro jadu, gryzę się w język i idę biegać (albo jem czekoladę). I myślę: „Nie jestem idealną matką, ale chyba największą rodzicielską porażkę poniosę wtedy, gdy mój syn będzie gardził innymi. I będzie na innych wkurzony".