Waty cukrowej nie jadłam chyba 20 lat… Naprawdę nie przesadziłam :)

REKLAMA
logo
arch.własne

W dzieciństwie ją uwielbiałam. Zajadałam się nią na prawie każdym niedzielnym spacerze w jednym z mazurskich spokojnych miasteczek, gdzie się urodziłam.
I od tylu lat nic się nie zmieniło w produkcji waty. Pan lub pani z butelki sypie cukier i jakimś cudem powstaje mgiełka, a z tej mgiełki cukrowa kula. I to wszystko zgodnie z wymogami sanepidu :) I zauważyłam, że po tylu latach, marketing w dostarczaniu klientowi dodatkowych wrażeń trochę się rozrósł – teraz są też kolorowe waty cukrowe.
Nie rozpisywałabym się nad fenomenem waty, bo każdy z nią ma swoje wspomnienia, gdyby nie jedno popołudniowe zdarzenie. Leniwie wracając z przedszkola, z siatkami zakupów jak wzorowa Matka Polka podziwiałam z córką chmury niebie. Takie zwykłe, choć zachwycające…
Nagle powiedziała:
– Mamo, a te chmury to wyglądają tak, jakby Bóg robił watę cukrową na niebie i pewnie aniołki mu w tym pomagają, bo sam to nie dałby rady.
Przystanęłam. Popatrzyłam. I nie chodzi o to, że córka tak to pięknie określiła i powinnam się zachwycać nad jej mądrością. Coś zaskoczyło. Tak głęboko, w sercu. Tak, że aż zabolało. Jakiś czuły punkt we mnie samej został dźgnięty jak nożem prawie że do krwi…
Odkąd pojawiły się na świecie dzieci czasem tak mam. Czasem czuję jakieś małe deja vu, jakbym sama wracała do swojego dzieciństwa. A to wszystko po to, aby poukładać w sobie stare rzeczy. Te, które na co dzień nie mają znaczenia, ale wystarczy jedno słowo i otwierają się stare rany…
Takie małe szkraby, a tak potrafią zmienić dorosłego człowieka…