Fot. Shutterstock

Jak co roku rozpoczęła się rekrutacja do klas pierwszych szkół podstawowych a wraz z nią ogólna histeria i debata – czy sześciolatki powinny pójść do szkoły czy też nie? Nie będę tu pisać o moich osobistych doświadczeniach z moimi sześciolatkami. Opowiem o moich doświadczeniach z rodzicami kandydatów do klas pierwszych.

REKLAMA
Z racji bycia prezesem fundacji działającej w jednej z państwowych szkół podstawowych na Saskiej Kępie, co roku uczestniczę i opowiadam o naszej fundacji na zebraniu dla rodziców, którzy pragną posłać swoje dzieci do naszej szkoły. Zazwyczaj stoi przede mną tłum dorosłych osób, na których twarzach maluje się strach i przerażenie:
- czy dziecko poradzi sobie w szkole?
- czy ubikacje będą dostosowane do małych sześciolatków?
- czy szkoła nie jest areną dzikich, nieokrzesanych, stworzeń, które rządzą się prawem dżungli?
- czy starsi uczniowie nie zjedzą mojego małego dziecka?
- czy moje dziecko dostanie się do tej szkoły?
Stoją przede mną prawnicy, lekarze, menadżerowie oraz przedstawiciele innych zawodów, którzy w pracy niczego się nie boją, a tu cali w obawach prawie obgryzają paznokcie.
Po drugiej stronie stoją nauczyciele, którzy również mają swoje strachy – Ci z kolei boją się roszczeniowych, agresywnych rodziców, którzy jak tylko już dostaną się do naszej szkoły rozpoczną swoją krucjatę żądań i zażaleń.
Do czego to prowadzi? Na pewno nie do współpracy, tworzenia nowej jakości edukacji. Nie możemy budować naszych stosunków na strachu i nieprawdziwych wyobrażeniach (większość tych wszystkich obaw budujemy na podstawie swoich przykrych doświadczeń z szkolnych lat dzieciństwa).
Od sześciu lat działam w naszej szkole i mozolnie staram się obalić mury dzielące nauczycieli i rodziców, zlikwidować strach i wzajemną podejrzliwość oraz nieufność. Budowanie dialogu nie jest łatwe – mamy trudne doświadczenia i wspomnienia, ale przy odrobinie zaufania i otwarcia się na innych możemy wszyscy na tym skorzystać. A najwięcej skorzystają na tym nasze dzieci.
Na koniec, aby pokazać, że sama nie jestem wolna od rodzicielskich strachów zacytuję ostatni dialog z moją córką, która w tym roku zdaje egzaminy do gimnazjum.
Przy kolacji Ula opowiada swoje wrażenia z dnia otwartego w jednym z gimnazjów na Pradze Północ (ta straszna dzielnica, gdzie biegają niedźwiedzie, i my mieszkańcy z Saskiej Kępy się jej boimy…):
- Wiesz mamo, poszłam do łazienki w tej szkole, a tam w koszu na śmieci znalazłam test.
- Test??? Jaki test? Ciążowy???
- Nie mamo, test z matematyki. O zobacz, wyjęłam i wzięłam go sobie do domu.
- Aha, test z matematyki, ufff
Strach ma wielkie oczy :-)
A co sądzi Szymon Majewski o posyłaniu sześciolatków do szkoły?

Karolina Andrian