Długo się zastanawiałam nad publikacją, a nawet napisaniem tego tekstu, ponieważ relacja teściowa-synowa, teściowa-zięć to dla mnie grząski temat. Faktem jednak jest, że mieszkałam z teściami (przed i po ślubie) przez około dwa lata, mieszkam bez teściów, mieszkałam z rodzicami, obserwuję znajomych i rodzinę i jakieś tam wnioski na ten temat wysnułam.

REKLAMA
Nie będę pisać dokładnie, jakie są moje doświadczenia z teściową, ani jakie relacje z moimi rodzicami ma mój mąż, ponieważ nie wiem, kto życzyłby sobie, żeby o tym publicznie opowiadać, a kto byłby przeciwny. Mogę się jedynie domyślać ;)
Prawda jest taka, że jestem osobą, która ma jasno określone zasady i pomaga mi to w wielu relacjach. Nie daję sobie wejść na głowę nikomu, oprócz mojego najstarszego bratanka, ale to jest egzemplarz wyjątkowy, w którym jestem zakochana i któremu ulegam często, chyba nawet zbyt często (może dlatego, że w pewien sposób jest moim lustrzanym odbiciem i wiem, co sprawia mu przykrość i natychmiast staram się to zrewanżować małymi i większymi radościami, z czego korzysta też młodszy brat). Poza tym nikt na głowę nawet nie ma prawa próbować mi włazić, nawet mój pierworodny.
Pewien dystans (celowo zachowywany) i chłód sprawia, że mam wąskie grono znajomych, przyjaciół policzę na palcach jednej ręki, nawet jak włożę dłoń do maszynki do mięsa, ale za to przyjaźnie te są na śmierć i życie. Ale miało być o teściowych i mamach. Nie za bardzo mogę napisać o teściach i ojcach, bo jedyne, co obserwuję, to że są zbyt poddani swoim żonom i przez to wiele relacji nie jest takich, jak powinny, bo nie ma kto powiedzieć: "Baśka, weź się kobieto ogarnij i przypomnij sonie, jak się wściekałaś na moją i swoją matkę, że się wpieprza między wódkę i zakąskę".
I to zdanie jest wyjściowe. Nie wiem, czy ja też tak będę miała. Nie wiem, czy zapomnę, jak to jest być synową i stanę się teściową z koszmarów, czy też jednak będę miała w głębokim poważaniu zasady budowania relacji, domu, rodziny i wychowywania dzieci, jakimi będą się kierować moje synowe/zięciowie (kto wie, jak to będzie) i będę jedynie kibicem. Nie wiem tego, nie mogę tego przewidzieć. Będę zazdrosna, ale na ile będę tę zazdrość trzymać na wodzy, to się okaże.
Wiem jedno. Ja nie popełniłam zbyt wielu błędów. A dokładnie jest tak, że nie mam sobie wiele do zarzucenia, ponieważ dziś jest tak, jak chcę, żeby było. Nie czuję się nachodzona, nikt nie zagląda mi w garnki, nie boję się spać na golasa w obawie, że mama/teściowa z własnym kluczem wparują mi o świcie do mieszkania. Moje dziecko wychowuję tak, jak chcę, w ciąży robiłam, co chciałam i kiedy chciałam. Zmieniam pracę bez oglądania się na rodziców jednej i drugiej strony, kupujemy samochód bez ustalania koloru i marki z rodzicami. Jesteśmy autonomiczną jednostką społeczną, a to był mój cel.
Uważam, że jest to wynik pewnej konsekwencji. Nie było sytuacji, że pozwoliłam rodzicom czy też teściom zmniejszyć dystans, a jak było mi za ciasno, to marudziłam, jęczałam, awanturowałam się, albo nagle kogoś odpychałam, żeby się z mojego życia wynosił.
Najwązniejsza zasada, jaką wyznaję, to: "małżeństwo powinno mieszkać osobno". Jestem wdzięczna teściom, że nas przechowali przez te dwa lata, ale nigdy bym już nie chciała tego powtórzyć. To jest sytuacja, kiedy nawet odwiedziny rodzeństwa męczą, kiedy opieka nad dziećmi rodzeństwa męczy, bo nie masz chwili dla siebie, bo przecież każdy w każdej chwili zapukać może, skoro jest w pokoju obok. Wprawdzie mieliśmy "swój pokój", gdzie to my ustalaliśmy zasady, nie gotowałyśmy z teściową dwóch obiadów, ale też nie zawsze mieliśmy z mężem ochotę na gotowane mięso, które było na obiad tylko dlatego, że w tym dniu była w mieszkaniu wnuczka. Podobnie było u mamy, gdzie koczowaliśmy przez jakiś czas. Też nie zawsze chciałam, żeby witała obiadem mojego męża po pracy, bo czasami chciałam sama zrobić mu coś, co lubi. Teraz tych problemów nie ma, a jak trzeba, to idziemy jeść do miasta, bo w lodówce światło, albo leń gigant opanował umysły.
Z wychowaniem dzieci to jest dopiero ciekawa sprawa. Jak można dopuścić do tego, że to babcia "wie lepiej", czy dziecku założyć czapkę, skarpetki, kurtkę, rękawiczki, czy moczyć truskawki w cukrze, do herbaty dosypać cukier, kąpać raz w tygodniu, czy codziennie, zapisać do żłobka, wysłać do szkoły bliżej domu czy najlepszej w mieście. Ja w tych sprawach jestem ekspertem. Mąż mnie wspiera i reszta nie ma nic do tego. Oczywiście, że słyszę różne rady, najczęściej od mamy, ale wtedy pytam: "uważasz, że umiesz lepiej usypiać moje dziecko", "uważasz, że znasz się lepiej", "uważasz, że zrobisz to lepiej", "uważasz, że się nie znam"? Mama się natychmiast wycofuje, bo nie pozwalam, żeby syn dostawał komunikaty: "jak mama się nie zgadza, zapytaj babcię". Babcia może ustalać zasady, kiedy syn zostaje pod jej opieką. I mam świadomość, że zasady żywieniowe nie są przestrzegane, że zawsze ma ciastka, chipsy i prażynki i że wolałaby podać sok zamiast wody, a marchewkę pogryźć przed podaniem dziecku. Sytuacje, kiedy syn zostaje z nią, są jednak na tyle rzadkie, że zgadzam się na takie "dni dziecka", ale jestem przekonana, że zasady panujące w domu przekażemy dziecku na tyle jasno, że w przyszłości babcię nie raz to nasze małe zło zaskoczy, odmawiając jedzenia tego czy owego i tłumacząc, dlaczego tego się jeść nie powinno.
Z drugimi dziadkami jest łatwiej. Syn z nimi sam nie zostaje, też odwiedza ich rzadko, więc noszenie na rękach przez dziadka, karmienie ciągle i wszystkim, mówienie: "prasiu-prasiu, buju-buju, ciuchu-ciuchu" traktuję bardzo z przymrużeniem oka. Nie ma tu mowy o dobrych radach, ponieważ szybko udowodniliśmy, że nie jest to mile widziane. Jesteśmy na tyle świadomymi rodzicami, że wiemy, co jest dobre, a jak nie wiemy, to wiemy, kto wie i kogo zapytać, żeby nie zrobić krzywdy sobie i dziecku.
Czasami sama jestem winna, że słyszę komentarze i krytykę. Bo po co mówić babci, że się wnuczek napił lakieru do paznokci, bo po co opowiadać, że nie miał apetytu przez jeden dzień, albo że się odparzył. Nie trzeba o tym mówić, skoro nie ma to żadnych następstw. Nie mówisz, więc nie musisz słuchać, że po lakierze koniecznie trzeba podać maślankę, a brak apetytu to może być szereg chorób. Nie trzeba też się tłumaczyć, że lakier do paznokci był zabawką przez ostatnie dwa dni i nic się nie działo i że większość i tak wylądowała na nowych panelach i dziękować przeznaczeniu, że był bezbarwny.
Uważam, że wiele osób zbyt wieloma rzeczami dzieli się ze swoimi rodzicami i teściami. Ja zazwyczaj opowiadam rzeczy śmieszne, nie żalę się na męża mamie, a już tym bardziej teściowej. Nie mówię, dlaczego się pokłóciliśmy i dlaczego przyjechałam w odwiedziny sama. Nie mówisz, więc nie słuchasz... a już na pewno masz pewność, że rodzeństwo też się o tym nie dowie i ciotki,, i kuzynki, i osoby postronne tym bardziej. Złota zasada.
Po co mówić babci, że chcemy wysłać syna na wycieczkę, skoro wiemy, że ona na pewno stwierdzi, że dziecko jest niegotowe/będzie tęsknić/nie poradzi sobie/nie będzie jadło/spało/nie znajdzie kolegów. Lepiej poinformować, że dziecko wyjeżdża za tydzień i po kłopocie. Po co pytać, czy to dobry pomysł, żeby dziecko uprawiało karate. Lepiej po dwóch treningach powiedzieć, że dziecko na takie zajęcia chodzi i radzi sobie świetnie.
Problemem jest, kiedy to teściowa/mama jest nianią lub mieszka za ścianą. A no właśnie. Małżeństwo powinno mieszkać osobno, a babcia w roli opiekunki w moim odczuciu sprawdza się tylko "na dochodzenie", bo babcia to babcia i bierze się ją z całym balastem zalet i wkurzających wad. W pewnym momencie babcia nie nadąża. Nie tylko za dzieckiem, ale też za zmieniającym się światem. A poza tym teściowie/rodzice to autonomiczny byt, więc nie uzależniajmy ich życia od naszego. Oni już wychowali nas. Wystarczy. Niech teraz cieszą się wolnością.
Na koniec pozostaje mi podziękować mojej drugiej połówce, że zawsze stoi za mną murem, że wie, z kim tworzy autonomiczny organizm, że nie biegnie do mamy i teściowej ze skargą, że żona przez 4 dni naczyń nie myje (to jest fakt - w niedziele i poniedziałki nie staję przy zlewie - nie wiem dlaczego, chyba nie, bo nie, ale planuję zakup zmywarki, tylko "gry nie szły" i komputer był w związku z tym ważniejszy), do południa chodzi w piżamce i mieszka na fejsbukach (fakt). Dziękuję mu też za to, że to znajomi podlewają nam kwiatki, jak jesteśmy na urlopie i dzięki temu nie muszę przed wyjazdem wyrzucać spleśniałego chleba i otwartego pół roku temu dżemu, nikt też niepotrzebnie nie chodzi i nie zużywa nam podłóg i że jest na tyle ogarniętym mężczyzną (przez duże M), że nie dzwoni do mamy z pytaniem, jak usmażyć jajka i jaką temperaturę ma mieć woda do kąpieli dziecka. On chyba też lubi, jak nikt mu nie mówi, co i jak ma robić.
Zapraszam na mój profil na Facebooku, gdzie od dziś będę się dzielić wyłącznie byciem mamą, żoną, kochanką, córką, synową, wnuczką
https://www.facebook.com/MatkaMarka/