Archiwum prywatne

W naszym kraju nadal najpopularniejszy model wychowania wygląda tak, że mama jest od wszystkiego, a tata - dobrze, jeśli w ogóle poczuwa się do obowiązku bycia tatą...

REKLAMA
Jakiś czas temu napisałam tekst, żeby nie utrudniać ojcom włączania się w opiekę nad dzieckiem. Poruszyłam temat kolorowych wózków, rowerków, ubrań, zwłaszcza różowych.
Podtrzymuję swoje stanowisko. A nawet mogę dodać, że, jak widzę niektóre dziewczynki całe w różu, to tak sobie myślę, że sama bym z tak przebranym dzieckiem nie wyszła z domu, bo by mi było wstyd. Ja mam syna, więc róż odpada. Jestem w tej kwestii konserwatywna. Z resztą nawet w mojej szafie trudno szukać tego koloru.
Ale tekst nie o tym ma być, a na pewno nie o kolorach. Pomysł na temat zrodził się podczas rozmów tu i ówdzie prowadzonych z innymi kobietami.
Często jestem pytana, czy mąż pomaga mi w opiece i wychowaniu. Zawsze odpowiadam, że nie. Jest to cała prawda, ale sytuacja nie wygląda tak, jak mogłoby się wydawać.
Razem z mężem tworzymy bardzo zgrany zespół. Ja nie lubię wynosić śmieci. On to robi. On nie lubi myć sztućców. Ja to robię. Ja nie umiem robić spaghetti, nie lubię ścielić łóżka i wstawać rano wcześniej niż inni, on nie lubi myć podłóg (nawet nie wiem, czy umie), kosić trawy. Wiele rzeczy robimy razem. W wielu sprawach się uzupełniamy.
Nasz poranek wygląda niemal codziennie tak samo. Jeśli chcę być mobilna (tzn. mieć do dyspozycji samochód), muszę wstać rano i odwieźć męża do pracy. W przeciwnym razie pozostaje mi szukanie kogoś, kto podwiezie mnie na drugi koniec miasta po auto. Zazwyczaj więc wstaję, bo nienawidzę prosić o pomoc.
Rano pierwszy wstaje mój mąż. Nie ma tu wyjątków od reguły. On musi się wykąpać, zjeść śniadanie. Potem budzi syna, robi mu śniadanie, karmi, budzi mnie (sto milionów razy). Kiedy ja się myję i ubieram, mąż ubiera syna. I wtedy przychodzi moment, kiedy słyszę: "musimy już wychodzić", więc wychodzimy.
Ja nie biorę udziału w porannych czynnościach przy synu (poza podawaniem leków i przytulaniem, jeśli syn obudzi się, gdy mąż je śniadanie lub jest po prysznicem - mogę się jedynie przytulać, na robienie śniadania nie mam mocy sprawczej). Kiedy słyszę w żłobku, że ładnie ubrałam syna, odpowiadam, że syna ubiera mąż.
Wiele osób się dziwi, że tak to wygląda. Dla mnie to jest norma. Nie widzę w tym nic nadzwyczajnego. Mój mąż jest świetnym ojcem i bez słowa zajmuje się rano swoim dzieckiem.
Kiedy odwiozę męża do pracy, jadę do żłobka z synem. Teraz się to trochę zmieniło, ponieważ nie mogę dźwigać, więc razem jedziemy odwieźć syna. Staram się jednak w miarę możliwości popołudniu najpierw odebrać zgredka, a dopiero potem jechać po męża.
Po powrocie do domu zajmujemy się synem razem. Zawsze jemy też razem obiad - czasami musimy najpierw ugotować, czasami przywozimy coś z miasta, czasami coś mama podrzuci, czasami coś zostaje z dnia poprzedniego. Najważniejsze jest, żeby jeść razem - układamy na stole talerze, sztućce, stawiamy zupę w wazie lub garnku, mięso na półmisku - taka nasza celebracja obiadu (jest to rzecz, której nauczyłam się, mieszkając u teściów i jestem im wdzięczna niezmiernie, że codziennie przynajmniej jeden posiłek wyglądał własnie tak).
Oboje mamy wolne po 15:00 i staramy się na zmianę poświęcać dziecku jak najwięcej czasu. Kiedy jedno bawi się klockami, autami i innymi wynalazkami z kuchennych szuflad, drugie ogarnia codzienne sprawy, ewentualnie zajmuje się sobą. Mąż na przykład gra w te swoje czołgi lub okupuje Internety.
Najczęściej razem robimy zakupy, spędzamy weekendy (jak babcia jest w Polsce, to zabiera nasze małe zło do siebie na niektóre soboty i niedziele).
Dlaczego więc napisałam, że mąż nie pomaga mi w opiece nad dzieckiem? Bo nie pomaga. Mój mąż jest pełnoprawnym rodzicem. Współuczestniczy w życiu swojego (naszego) dziecka. Nie jest gorszy, mniej sprawny, mniej umiejący. Ja nie czuję się mądrzejsza, lepsza. Tak samo źle znosimy przewijanie, tak samo robimy kaszę na dobranoc, kąpiel każdemu idzie sprawnie, a i usypiać lubimy syna oboje.
Mam to szczęście, że przed wyjściem z domu nie muszę zostawiać listy czynności i tłumaczyć pół godziny, w co ubrać syna na spacer, w co do dziadków, a w co do babci na wieś. Nie robię listy zakupów, bo oboje wiemy, czego brakuje. Mąż wie, jakie pieluchy są potrzebne, jakie chusteczki, jaka kasza, jaki płyn do kąpieli. Wie, gdzie leżą ubranka. No dobrze, robi straszny bałagan w szafie syna, ale wolę ogarnąć ten rozgardiasz raz w tygodniu niż wstawać rano 10 minut wcześniej, żeby naszykować ciuchy dziecku do żłobka, bo dla mnie te 10 minut to zbawienny czas.
logo
Tata jest także od pokazywania świata... Archiwum prywatne

Często mówię mojemu mężowi, że jest ojcem, o jakim ja mogłam jedynie marzyć. Jest takim ojcem do przytulania, do zabawy (już czeka na pozwolenie na zakup pierwszych klocków Lego i samochodów zdalnie sterowanych z górnej półki), do pokazywania świata i do życia na co dzień. Nie wolno mi tak naprawdę oceniać tego, jakim jest ojcem Pan Mąż, bo prawo do tego będzie miał jedynie syn, ale lubię z boku przyglądać się, jak z dnia na dzień staje się bardziej pewny siebie w tym całym tatusiowaniu.
Mój mąż nie pomaga. Po prostu jest ojcem na pełen etat.

Zapraszam na mój prfil na Fb: https://www.facebook.com/EwaWojcikSwiebodzin/?fref=ts