Arch. prywatne

Mój syn urodził się na początku listopada. Ze szpitala wyszliśmy 10 listopada. Pierwszy dzień w pracy (nie licząc maili pisanych ze szpitala przez aplikację w telefonie) byłam 11 listopada. Cały czas pracuję - obecnie trochę mniej, bo dopadły mnie jakieś choróbska. Po tych 14 miesiącach przyszedł czas na małe podsumowanie - zrobienie bilansu strat i zysków.

REKLAMA
Na przełomie grudnia i stycznia przez chorobę syna, moją i męża spędziliśmy dwa tygodnie razem. Tak naprawdę były to pierwsze takie nasze wspólne dwa tygodnie. Przez 24 godziny na dobę byliśmy razem, siedzieliśmy w domu, bo lekarz nie zalecał wychodzenia, a spory mróz i tak nie skłaniał do spacerów ze smarkami pod nosem i kaszlem takim, że faraonów można pobudzić. A nawet jeśli wychodziliśmy to razem, bo wszyscy mieli wolne - od pracy i od żłobka.
Był to czas, który skłaniał do pewnych przemyśleń. Jak wiadomo, syn od piątego miesiąca życia jest żłobkowy. Ja pracuję tyle, ile mogę. To znaczy tyle, ile mam ochotę i na ile pozwalają mi na to inne obowiązki, także domowe i także opieka nad synem.
Po okresie choroby, kiedy tylko stan zdrowia mojego dziecka wrócił do normy, znów zawozimy małego do żłobka. Przed pierwszym dniem miałam pewne obawy. Syn przez cały okres, kiedy był w domu, był płaczliwy, nie chciał spać, zrobił się taki "przytulaskowy". Ciągle chciał się przytulać do mnie i drzemać z głową na piersiach. Bałam się więc, że się przyzwyczaił i będzie płakał, kiedy będę go rano zostawiać w żłobku. Jakież było jednak moje zdziwienie, kiedy zaraz po wejściu, pobiegł do jednej z opiekunek, mocno się przytulił i, mówiąc tym swoim norweskim dialektem, pobiegł po zabawki. Mamie zrobił "pa pa" i nie przejął się szczególnie, że za chwilę straci mnie z oczu, więc uśmiechnięta wróciłam do domu.
Te wspólnie spędzone dwa tygodnie uświadomiły mi, że nie mogłabym być mamą na cały etat, a dokładnie na dwa etaty, bo 16 godzin dziennie plus weekendy to trochę więcej niż 40 roboczogodzin tygodniowo. Spędzanie całego dnia z synem jest ciekawe, uczące cierpliwości, ale tylko przez dwa-trzy dni. Więcej dni to dla mnie ciężka orka niemająca nic wspólnego z czerpaniem radości z rodzicielstwa, w tym przypadku macierzyństwa.
Podziwiam kobiety, które decydują się na rok macierzyńskiego i siedzenie w domu z dzieckiem. Przed południem większość moich znajomych jest w pracy (wiem, bo nawet teraz, kiedy jestem chora, siedzę sama w mieszkaniu), po południu mają jakieś swoje zajęcia. Nie ma do kogo ust otworzyć, bo rozmowy z niemowlakiem to raczej monologi. Mam frajdę z obserwowania, jak rozwija się mój syn. Zadziwia mnie, że wie, kiedy na mnie tupnąć nogą, że umie sobie zorganizować system puf i krzeseł, żeby tylko dostać się do laptopa, aparatu fotograficznego, dyktafonu czy innego sprzętu, który wykorzystuję w pracy dziennikarskiej, a który trzymam poza zasięgiem syna. Lubię na niego patrzeć, kiedy się sam bawi, lubię układać wieże z klocków, które on burzy, głośno się przy tym śmiejąc, lubię mu czytać, choć nie lubię, gdy muszę to robić do góry nogami i zaczynać od ostatniej strony książki, ale to on jest słuchaczem, więc ulegam. Lubię, kiedy jesteśmy we troje, siedzimy na podłodze i wydajemy dźwięk "ijo ijo", jeżdżąc samą naczepą ciężarówki, traktorem lub astonem martinem, bo dla mojego syna wszystko, co ma koła, robi "ijo ijo". Lubię też, gdy syn przyłazi poprzeszkadzać mi w graniu na konsoli lub ciągnie męża za rękę, kiedy ten gra w te swoje czołgi na komputerze. Lubię jak przypełznie to moje małe zło do kuchni, wyciąga z szuflad patelnie, śrubokręty, grzebie w śmietniku. Lubię, gdy wlezie do łazienki, wyciągnie syfon spod prysznica, wrzuci całą rolkę papieru tam, gdzie zazwyczaj wrzuca się tylko kawałki papieru. Lubię gdy wyrzuci pranie z kosza, gdy maltretuje naszą Ćwiartkę (przygarniętą z azylu dla psów) Wszystko to lubię, ale nie wszystko w jeden dzień, nie wszystko na raz i nie co chwilę. Po trzeciej lub czwartej akcji, którą lubię, dostaję szału. Robię się nerwowa jakby ktoś mnie uderzał na przemian w brzuch i kręgosłup. Zdarza mi się więc krzyknąć, zdarza mi się mieć pretensje do męża, zdarza mi się tupnąć nogą.
Lubię moje życie z mężem i dzieckiem, ale też lubię moje życie bez nich. Lubię moją pracę. Rozwija mnie spotykanie się z ludźmi, czytanie, pisanie. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym przesiedzieć rok w domu. Cieszę się, że ciąża (przynajmniej pierwsze 6 miesięcy) pozwalała mi na normalne funkcjonowanie, że nie musiałam rezygnować z pracy, a ostatnie trzy miesiące mogłam trochę odpocząć i przygotować się na narodziny syna.
Nie wiem, czy dziś wróciłabym do pracy dzień po wyjściu ze szpitala. Nie wiem, czy na pewno oddałabym drugie dziecko po pięciu miesiącach do żłobka. Z dużym prawdopodobieństwem tak właśnie byłoby, jeśli wszystko przebiegałoby tak, jak przy pierwszym dziecku. Wiem na pewno, że nie żałuję tego wszystkiego, co się wydarzyło.
Niczego z mężem nie przegapiliśmy. Syn został w domu kilka dni, kiedy wiadomo było, że zaczyna chodzić, bo chcieliśmy żeby to właśnie przy nas stawiał swoje pierwsze samodzielne kroki. Pracujemy na jedną zmianę. Po 15.00 jesteśmy w domu. Razem robimy zakupy, razem odwiedzamy znajomych, razem kąpiemy syna i kładziemy do snu. W ilu domach jest tak, że rodzice mają dla dziecka każdy weekend i niemal każdy wieczór? Wróciłam do pracy, bo chciałam, bo praca nie jest dla mnie tylko wypłatą, ale pasją, czasem na rozwój osobisty, jest okazją do zostawienia spraw rodzinnych i zajęcia się "zbawianiem świata", robieniem czegoś dla innych, ale też tylko dla siebie.
Wiem, że mojemu dziecku nie zrobiłam krzywdy żłobkiem, a sobie zrobiłam ogromną przyjemność powrotem do pracy. Dziś jestem szczęśliwą kobietą, spełniającą się matką, żoną, właścicielką firmy, koleżanką, przyjaciółką, córką, wnuczką... I tak proszę napisać na klepsydrze.