W górach
W górach © Pan Mąż

Miałam być terminowa i regularna. Niestety. Plany swoją drogą, a życie swoją. Zebrałam się w końcu, siadam i notuję, co myślę. Pierwszy tekst, który popełniłam, miał tytuł "Macierzyństwo mnie zaskoczyło". Siedzę, rozmyślam, o czym tu napisać, przeglądam stare wpisy, bo może coś mnie natchnie i sobie tak myślę, że ciąża to było zaskoczenie, ale teraz to jest dopiero rock'n'roll.

REKLAMA
Syn mój kochaniutki przedwczoraj skończył rok. Już od czwartku chodziłam taka niezrozumiale wzruszona. Przypominałam sobie, co było dokładnie rok wcześniej. I, cholera jasna, wszystko pamiętam. Wszystko. Każdą godzinę z tego dnia przed porodem i każdą z dnia porodu. Jeszcze przed wyjazdem zrobiłam sobie zdjęcie w łazience (takie selfie z brzuchem), żeby mieć porównanie, jaka faktycznie byłam duża "dzień przed", torbę miałam spakowaną, Pan Mąż poszedł normalnie do pracy, ja posprzątałam, powycierałam kurze(ciemne meble na wysoki połysk+pies=wszechobecny syf), pobawiłam się z Ćwiartką (psem naszym przytulonym ze schroniska), która wyczuwała, że szykuje się coś bardzo ważnego, bo nie odstępowała mnie na krok od tygodnia, umyłam nawet okna, wzięłam plecak, cienką kurtkę (było pięknie, słonecznie i ciepło) i poszłam w kierunku dworca autobusowego, po drodze zachodząc do banku po dwuzłotówki potrzebne do telewizora szpitalnego, dużo dwuzłotówek.
Nieco ponad 20 kilometrów pokonanych autobusem wystarczyło, żeby stres osiągnął nieznany mi dotąd poziom. Szłam sobie spacerkiem w kierunku szpitala, gdzie następnego dnia mieli mnie pokroić, żeby wyciągnąć z mojego brzucha Obcego, który zagnieździł się tam prawie 9 miesięcy wcześniej. I tak się zastanawiałam, jakie będzie to moje dziecko. Fuck... najwięcej to ja tak naprawdę myślałam o tym, czy cewnikowanie boli i czy lekarz, wykonując tę, rutynową przecież, operację, nie przetnie mi pęcherza moczowego i jak to jest leżeć na golasa, kiedy wokół stoi co najmniej dwóch facetów i kilka kobiet. Z cięciem cesarskim na termin jest tak, że nie martwisz się, czy dobrze rozpoznasz skurcze, czy nie, i czy zdążysz dojechać do szpitala, bo na ponad tydzień przed terminem i przy pierwszym dziecku, trudno raczej o rozpoczęcie akcji porodowej.
Ale oprócz tych spraw technicznych, naprawdę myślałam o dziecku. Przede wszystkim jaki będzie nasz syn, czy to będzie na pewno syn (jak ja nie chciałam córki i jak ja byłam pewna od samego początku, że urodzę syna), do kogo będzie podobny, czy będzie ładny, czy nie będzie wstydu, odbierając go ze szpitala, co będę czuła, kiedy zobaczę Obcego pierwszy raz i, co jest najważniejsze, czy dziecko urodzi się zdrowe, czy nie zrobią mu krzywdy podczas porodu, czy wszystko odbędzie się "rutynowo" i czy ginekolog na tym swoim archaicznym USG dobrze wybadał, że małe to nasze dziecko na pewno nie będzie.
Kiedy, leżąc krzyżem (jedna ręka - kroplówka, druga ręka - chyba ciśnieniomierz), zobaczyłam syna, nie mogąc go przytulić i kiedy położna przytuliła to ciepłe ciałko do mojej twarzy, łzy same popłynęły mi (drugi raz fuck, ale tak było) do uszu (i się nie mogłam podrapać, wytrzeć tej słonej cieczy też nie mogłam, a swędziało i wkurzało niemiłosiernie). Ładne to dziecko nie było, bo i być nie mogło. Ładne się zrobiło, a nawet śliczne, po kilkunastu godzinach. - Cześć, Kochanie. Jestem Twoją mamą. Pójdziesz teraz z panią i poznasz tatę. On tam na Ciebie czeka - tyle udało mi się wydusić.
I w tym momencie zaczął się rock'n'roll. Zawsze byłam twarda, a teraz płaczę na reklamie domestosa. Wzruszam się tysiąc razy bardziej. Wiem, co to znaczy tęsknić. Wiem, co to znaczy chcieć kontrolować wszystko i zawsze. Żyję niemal tak, jak przed zajęciem w ciążę, nie zwariowałam na punkcie dziecka, jestem ważna sama dla siebie, najważniejszy jest dla mnie niezmiennie mój mąż i syn nawet się nie zbliżył do tego miejsca numer jeden. Dziecko jest ważne, bardzo ważne, ale mam ciągle świadomość, że dziecko jest z nami na chwilę. Przyjdzie moment, że pojawi się jakaś lafirynda, zabierze mi dziecko i to moje dziecko, które ja teraz po tyłku całuję, będzie tę lafiryndę kochało bardziej niż mnie.
Ale oprócz miłości, syn każdego dnia uczy mnie okazywać emocje. A to nie jest u mnie takie oczywiste. Tęsknić, lubić, nienawidzić, bać się, być zaskoczonym, dziwić się. Nigdy nie pomyślałabym nawet, że można się roześmiać w głos o 4 rano, kiedy jakaś mała istota, którą na siłę chcesz ululać, mówi "aha, gegun gegun gegun tylko tylko". Zawsze wydawało mi się, że płacz dziecka może tylko irytować i wkurzać, a dzień przed pierwszymi urodzinami syna przekonałam się, że ząbkowanie i związany z tym kilkugodzinny nocny ryk (płaczem tego nikt o zdrowych zmysłach by w życiu nie nazwał, gdyby tylko to słyszał) po całym tygodniu pracy i całym poprzednim dniu spędzonym w kuchni może poruszać najgłębiej skrywane współczucie.
To co mnie jednak zaskoczyło najbardziej, to fakt, że w tak krótkim czasie tyle rzeczy może mnie zaskakiwać. Że ja sama potrafię samą siebie tyle razy zaskoczyć. Jak już wychowam moje dziecko, zatrudnię się w cyrku. Takiego klauna w życiu nigdy z siebie świadomie nie robiłam, nie spędziłam od dzieciństwa tylu godzin na podłodze, nie robiłam żarcia w słoiki (nie licząc dżemu truskawkowego, który od dwóch lat stoi na kuchennych półkach) i, co może kogoś dziwić, nie byłam aż tak konsekwentna jak po urodzeniu dziecka.
Tak. Zasady, które ustaliliśmy, są przestrzegane. Moje dziecko może łamać zasady u dziadków, u cioć i wujków. W domu obowiązują zasady, których pilnuję. Wprawdzie ten nasz mały pełzak sprawdza nas codziennie kilkanaście razy i jak sprężynę wszystkie zasady naciąga, ale staramy się pilnować tego, co jest ustalone. I to mnie nieprzerwanie dziwi. My, leniwi do granic możliwości (nawet psa rozleniwiliśmy tak, że na spacery chodzić nie chce) pilnujemy, żeby dziecko jadło na siedząco, spało w swoim łóżku, miało określone miejsce do zabawy... I jak fajnie jest, kiedy te zasady raz na jakiś czas z premedytacją można łamać. Wszyscy razem z uśmiechem na twarzy.
Ale jest też druga strona macierzyństwa. Ta zapłakana. Ta bezsilna. Ta niepokazywana światu. I to właśnie jest rock'n'roll. Mam ochotę wyskoczyć przez okno z dzieckiem, albo nie. Naprawdę to mam ochotę dziecko przez okno wyrzucić. Bo ryczy, bo drze się, bo marudzi, bo psuje, co tylko w ręce weźmie, bo wybabrze nowo pomalowane ściany, bo jest głodne, bo chce pić, bo chce (i nie chce zarazem) spać, a ja chce wywalić cztery litery na kanapie, nogi wywalić jeszcze wyżej i chcę leżeć, albo chcę spać, bo jest środek nocy i nie chcę iść do drugiego pokoju dać pić. Walczę ze sobą, udaję, że nie słyszę płaczu, bo może mąż szybciej zareaguje. Siedzę w kuchni na podłodze i ryczę. - Rodzicielstwo trzeba poczuć – tak mi ktoś powiedział. I ja w tych momentach tak czuję to rodzicielstwo, że mi się chce wymiotować. Ale ja, cholera jasna, nie umiem wymiotować. Nawet w ciąży nie wymiotowałam. I siedzę, i ryczę ja, i ryczy dziecko, i pies zaraz się rozryczy, i tylko Pan Mąż chodzi i udaje, że ogarnia, że da radę, że nic się przecież nie dzieje.
logo
© MamaMarka

Albo taki dzień, że dziecko jest chore, ma gorączkę, kaszle, kicha, smarka. A ja chce pomóc tej małej istocie, najchętniej tę chorobę zabrać od niego. Ale nie umiem, bo się nie da tak naprawdę. I co zrobić? I znowu ryczę. Bo do żłobka chory pójść nie może, a mnie terminy w robocie gonią, a Pan Mąż zazwyczaj w takiej sytuacji nie może wziąć wolnego. I nie wiem, co zrobić i ta niewiedza wzmaga tylko bezsilność.
Biorę więc głęboki oddech, robię najlepszą herbatę na świecie, siadam, chwytam telefon i dzwonię po pomoc. I najpierw mi wstyd, że taka wszystkowiedząca i dająca sobie radę musi prosić o pomoc, ale po kilku sekundach przypominam sobie, ile osób w ostatnim miesiącu dzwoniło po pomoc do mnie. I już nie mam wyrzutów. I już wszystko się układa. Wszystko da się jakoś zorganizować. A nieprzespana przez ząbkowanie noc? Nożjacieżpierdzielę… Znam takich, co mają kilkunastomiesięczne dzieci i od porodu nie przespali nawet jednej nocy. Więc traktuję to ząbkowanie jak Sylwestra, który się niespodziewanie wydarzył na początku listopada i po którym nie ma Nowego Roku. Impreza bez alkoholu, tańca, wychodzenia z domu, a głowa i tak boli… Nie masz kaca i auto możesz rano prowadzić, więc jakieś plusy są.
Takie jest moje macierzyństwo. Po roku. Jestem szczęśliwa. Reszta to szczegóły, istotne, ale nadal szczegóły.