
Ostatnio coraz częściej sama siebie zadziwiam tym, że się boję. Boję się ludzi mających skrajne poglądy - bez względu na opcję. Boję się ludzi, którzy nie mają za grosz tolerancji do inności, boję się tego, co robimy ze światem, boję się tego, że zamykamy się na tych najbardziej potrzebujących, a jednocześnie sami mydlimy sobie oczy wysłaniem sms-a lub wrzuceniem raz w roku kilku złotych do puszki. Jednak najbardziej boję się tego wszechobecnego chamstwa i braku szacunku.
REKLAMA
Jako że udało nam się w końcu zrobić coś, co ma ręce i nogi, postawiłam sobie jeden cel: moje dziecko nie musi być ładne, nad wyraz inteligentne, bogate, świetnie wykształcone, nie musi jeździć po świecie, robić rzeczy, których będą mu zazdrościć inni. Moje dziecko musi być pracowite i musi nauczyć się szacunku. Musi szanować wszystko, co je otacza. I szybko zorientowałam się, że ono nie nauczy się tego szacunku w szkole, na podwórku i wśród dzieci, jeśli w domu nie będzie miało wzoru do naśladowania.
To jest straszne, a jednocześnie niesamowite uczucie, kiedy uświadamiasz sobie, że stajesz się dla kogoś wzorem - bez względu na to, czy sobie tego życzysz, czy nie. Rodzic na początku jest wzorem i to tylko od niego zależy, czy w dorosłym już życiu latorośl stwierdzi, czy był to wzór, czy jednak antywzór.
Często obserwuję osoby z mojego otoczenia. Dobieram znajomych tak, aby byli to ludzie otwarci, tolerancyjni, mający coś ciekawego do powiedzenia, od których mogę się czegoś nauczyć. I nie ma różnicy, czy rozmowy przy piwie dotyczą przyjmowanych przez młodzież specyfików, instalacji hydraulicznej, systemów komputerowych, trudności w wychowaniu młodego pokolenia, gier komputerowych. Ważne, że każdy z moich znajomych o swojej "działce" potrafi mówić tak, że ja to rozumiem (czyli tłumaczą z polskiego na "nasze"), a jednocześnie wiem, że znają się na tym, co robią. I nie ma w tych rozmowach miejsca na obrażanie innych, tylko dlatego, że się nie znają, myślą inaczej, czyli źle, nie skończyli żadnej elitarnej szkoły, mają gorszą pracę, wierzą/nie wierzą, głosują na PO/PiS/SLD/Korwina. Dyskutujemy, wymieniamy poglądy, gadamy o duperelach, ale, jak tak sobie myślę, takie mało "polskie" są te nasze konwersacje, bo jad się nie wylewa. Są w moim otoczeniu także osoby, które inności nie rozumieją i nie tolerują. Ja tych ludzi nigdy nie zrozumiem. Staram się nawet pytać o przyczynę takiego myślenia, ale zazwyczaj są to po prostu osoby, którym w życiu nie wychodzi i swoje frustracje wylewają na innych.
Wiek mojego dziecka liczę jeszcze w miesiącach, ale mam świadomość, że ono mnie obserwuje od urodzenia. Mimo różnych rodzinnych zaszłości nie ma więc mowy, że maluch do tej ciotki nie pójdzie, bo mama jej nie lubi, do tamtego wujka z kolei tak, bo jest lubiany. Każdy, kto tylko wyraża chęć uczestniczenia w życiu mojego dziecka, ma takie prawo. Nie będę dzielić ludzi na gorszych i lepszych tylko dlatego, że mam takie subiektywne odczucia.
Nie wiem na ile pewność w wyznawaniu takich, a nie innych poglądów pomaga nam w życiu, ale rodzina nie ingeruje w nasze sprawy. Zupełnie bez echa przeszła sprawa nieinformowania dziadków, wujków, babć, cioć i innych "zainteresowanych" o szczegółach przebiegu ciąży, terminie porodu. W pierwszej chwili wszyscy byli zaskoczeni, że nie biegamy ze zdjęciami z USG, nie informujemy nikogo ani osobiście ani w serwisach społecznościowych o płci, imieniu, postępach remontu pokoju dziecięcego (nie było takowego ;) ), pakowaniu torby, wyjeździe do szpitala i wrażeniach z porodówki. Szanujemy siebie i dla nas najważniejsi byliśmy w tych chwilach my, nasze uczucia, nasze emocje i reszta świata nas nie interesowała. Oczywiście wiedzieliśmy, że babcie i dziadkowie też chcą wiedzieć, czy wszystko w porządku i wyznawaliśmy zasadę, że mają prawo wejść w posiadanie pewnych niezbędnych informacji. Ponieważ wszystko było w porządku, tak też mówiliśmy. Gdyby było inaczej, na pewno nie zatajalibyśmy tego.
Tekst jednak miał być o szacunku. Jako matka staram się przede wszystkim szanować swoje dziecko. Dziecko jest człowiekiem - tego uczył nas Korczak. I o tym staram się codziennie pamiętać. Nie ma więc miejsca na chwalenie się zdjęciami umorusanego dziecka w sieci, rozpisywania się o kupach, pokazywania małego w kąpieli. Wiem, że syn kiedyś będzie dorosłym facetem, wiem też, że internet nie zapomina. Nie chcę, żeby się wstydził głupoty własnej matki. Może dlatego szanuję mojego męża i cenę sobie szacunek mojego męża do mnie, bo kiedyś będę miała synową. Nie będę jej lubić, bo lafirynda zabierze mi syna, ale chcę, żeby mój syn całował ja w rękę na znak szacunku, nie wstydził się przytulać przy innych i szanował, szanował, szanował i ja też szanować ją będę, choć mój syn będzie ją kochał bardziej niż mnie...
