O autorze
Sama mówi o sobie - dziennikarka niepokorna, niezależna, niepodporządkowana, ale dobrze zorganizowana. Świebodzinianka z wyboru, zakochana w swoim mężu do szaleństwa. Lubi piec, smażyć, gotować, przyjmować gości i karmić ich tym, co przygotowała. Jej niespełniona pasja to dekoracja wnętrz. Ma uczulenie na głupotę i bezpodstawną krytykę. Optymistka wkurzająca ludzi ciągłym uśmiechem.

Nie chciałaś mieć dzieci? Po porodzie nie możesz być szczęśliwa

My
My © Jacek Korzeniewski Fotografia
Coraz bardziej denerwują mnie komentarze postronnych osób, które próbują udowodnić mi, że byłam w błędzie, kiedy nie chciałam mieć dzieci.


Macierzyństwo porządnie mnie zaskoczyło, co opisałam w swoim pierwszym tekście na MamaDu. Od momentu, kiedy dowiedziałam się, że zostanę mamą, dobro mojego dziecka stało się dla mnie niezwykle ważne, co nikogo dziwić nie powinno. Uprawiałam sport - jeździłam na rowerze, korzystałam z bieżni w miejscowej siłowni, uprawiałam nordic walking. Wszystko to jednak robiłam z głową i z myślą, że moje zdrowie i kondycja są ważne, ale też zwracałam uwagę na to, co może zagrozić dziecku.


Zdecydowanie odstawiłam też papierosy, które zdarzało mi się popalać na imprezach zakrapianych alkoholem. Nie zrezygnowałam jedynie z odrobiny białego wina raz na kilka miesięcy. Generalnie nie zrezygnowałam z siebie. Mając z tyłu głowy tę niezwykłą odpowiedzialność za nowe życie, starałam się żyć normalnie: jeździłam, zwiedzałam, spotykałam się ze znajomymi, robiłam to, na co miałam ochotę.


Wszyscy (z nielicznymi wyjątkami) mówili mi wówczas, że powinnam korzystać, bo po porodzie WSZYSTKO się zmieni, że z dzieckiem będzie trudniej, że z wielu rzeczy będę musiała zrezygnować, że dziecko to pasmo ograniczeń. Matko i córko, jakie to bzdury.


Dziś mój syn ma ponad 9 miesięcy. Od ponad 4 miesięcy jest w żłobku. Ja wróciłam do pracy 9 miesięcy temu. Byliśmy z mężem na wakacjach bez dziecka, moje ząbkujące maleństwo w tej chwili czeka na mnie pod świetną opieką swoich cudownych cioć w żłobku. Troszczą się o niego w tym żłobku i martwią każdym katarem bardziej niż ja. Wszystkie samozwańcze ciotki mogą go zabrać do siebie, kiedy tylko chcą - póki chcą, korzystam z tego, jak tylko mogę ;)

Nie mam problemu z wyjściem ze znajomymi i zostawieniem męża z dzieckiem w domu. Nie mamy też problemu, aby zgredek został z babcią, ciocią, wujkiem czy kimkolwiek innym wieczorem, kiedy my chcemy wyjść z domu sami.

Dodam tylko, że karmiłam syna piersią przez 8 miesięcy. Mały sam się odstawił, choć ja byłam gotowa karmić go jeszcze przez długie miesiące, jednak butelka podawana przez "ciocie" w żłobku zwyciężyła, a ja jedynie 2 miesiące wytrwałam z odciąganiem pokarmu i podawaniem z butelki (syn odstawił się, kiedy miał 6 miesięcy). Karmienie nie przeszkodziło mi w powrocie do pracy, w aktywnym życiu, w "bywaniu", imprezowaniu. Alkoholu nie piję nadal, do papierosów już nie wrócę. Z lampki dobrego białego wina raz na jakiś czas nie zrezygnuję nigdy.

Jestem mamą ślicznego, zdrowego i prawidłowo rozwijającego się syna. Odkrywam w sobie emocje, które wcześniej były mi obce. Dlaczego miałabym być nieszczęśliwa? Bo nie chciałam mieć dzieci i ciąża pokrzyżowała mi plany życiowe? Ale to nieprawda. Ciąża i macierzyństwo nieco zmodyfikowały te plany. Dalej realizuję się jako kobieta, żona i kochanka, a teraz także jako matka.

"Przyjaciele rodziny" mówią czasem, że nie chciałam mieć dzieci, a teraz... No właśnie i trzy kropki. Bo cóż powiedzieć? Że wiecznie uśmiechnięta ja, nadal jestem uśmiechnięta, że nie narzekam, że nie marudzę, że biorę życie na klatę. No i jeszcze wczorajsza informacja po wizycie u ginekologa (tylko tam wchodzę na wagę - w domu takiego urządzenia nie posiadam), że przez 9 miesięcy schudłam 16 kilogramów, czyli więcej schudłam, niż przytyłam w ciąży. No ta informacja nie przysporzy mi na pewno przyjaciółek.

Ja już taka jestem. Biorę życie z uśmiechem. Tak jest mi łatwiej. Lepiej skupiać się na pozytywach, bo zmarszczki mimiczne są lepsze od siwych włosów. Szukam rozwiązań, które ułatwiają życie. Nie narzekam, tylko działam.

Są momenty, w których mam ochotę wyskoczyć przez okno - z dzieckiem lub bez. Kiedy mój syn płacze, a ja nie wiem, dlaczego płacze, kiedy on coś chce, a ja nie chcę tej potrzeby spełnić, kiedy on w nocy chce pić, a ja chcę spać, kiedy potrzebuję ciszy, a on trenuje swój aparat mowy. Ale to są momenty (czasami trwające długie, najdłuższe w moim życiu, godziny), które mijają i które są potrzebne, żeby w innym momencie przekonać się, że mam kochane dziecko, bo niemal od porodu przesypia całe noce, bo nie wiem, co to są kolki, bo pierwszy ząbek zauważyłam tylko dlatego, że dałam mu ugryźć wafelek, bo jest uspołeczniony i może zostać przez jakiś czas nawet z obcą osobą, bo szczepienia przeszedł tak, jakby go nie szczepiono, bo, podobnie jak ja, wiecznie jest uśmiechnięty.

Nie chciałm mieć dzieci i macierzyństwo nie jest spełnieniem moich marzeń. Dziecko nie wypełniło żadnej luki w moim życiu, bo nie było żadnej luki. Nie czuję się bardziej kobietą, bo kobiecości mi nigdy nie brakowało. Dziecko nie stało się sensem mojego życia, bo od początku mam świadomość, że to maleństwo kiedyś wyjdzie z domu z jakąś panną (lub z kimkolwiek będzie chciał) i zostawi nas samych, więc mąż od początku był i jest moim sensem życia. To on jest dla mnie najważniejszy i to jego kocham najbardziej na świecie, bo to z nim świadomie chcę iść przez życie. To on jest moim numerem 1. Dziecko jest moim oczkiem w głowie, ale nie zwariowałam, nie przysłoniłam sobie nim całego świata. Dla mnie ważna jestem także ja. Dzięki temu jestem szczęśliwa.