O autorze
Sama mówi o sobie - dziennikarka niepokorna, niezależna, niepodporządkowana, ale dobrze zorganizowana. Świebodzinianka z wyboru, zakochana w swoim mężu do szaleństwa. Lubi piec, smażyć, gotować, przyjmować gości i karmić ich tym, co przygotowała. Jej niespełniona pasja to dekoracja wnętrz. Ma uczulenie na głupotę i bezpodstawną krytykę. Optymistka wkurzająca ludzi ciągłym uśmiechem.

Wsparcie jest potrzebne. Kto pyta, nie błądzi

Prezent ślubny ;)
Prezent ślubny ;) Archiwum prywatne
Mam świadomość, co robi dzieciom sieczkę z mózgu, jak należy postępować ze starszakiem i jak właściwie postępować, żeby być wzorem, żeby dziecko mogło kiedyś powiedzieć: "moja mama jest najlepsa", bo nie jestem pół-debilem (choć niektórzy sądzą, że jednak jestem), bo mam wykształcenie pedagogiczne, bo interesuję się trochę rozwojem dzieci, ale na temat pielęgnacji noworodka wiedziałam naprawdę niewiele. Jeszcze mniej wiedziałam o ciąży i rozwoju płodu.


Nie chcę zaczynać każdego tekstu od stwierdzenia, że nie chciałam mieć dzieci, ale tym razem ma to jednak sens. W związku z planami życiowymi zielonego pojęcia nie miałam o ciąży i wychowaniu dzieci.

Ponieważ nie rozpowiadałam dokoła, że jestem w ciąży, miałam święty spokój z najlepszymi radami: mamy, teściowej, ciotek, "przyjaciółek" i wszystkich innych "życzliwych" przez pierwsze kilka miesięcy. Pytałam lekarza o wszystko, co było mi obce. Sprawdziłam też portale parentingowe, prześledziłam, gdzie artykuły "na chłopski" rozum mają sens, gdzie są radykalni ekolodzy, mięsożercy, wegetarianie, zwolennicy i przeciwnicy bezstresowego wychowania, mamy- "cyce na ulice", żywe reklamy mleka modyfikowanego i inne obce mi zupełnie skrajności i zaczęłam czytać - dużo czytać.


Na szczęście (mam w życiu bardzo dużo szczęścia - niemal tyle, co rozumu i skromności ;) ) dowiedziałam się, że koleżanka ze studiów także jest w ciąży, ale urodzi jakiś miesiąc wcześniej niż ja. Asiu, jeśli to czytasz, dziękuję Ci za wszystkie rady, o które prosiłam i za te, o które jeszcze będę prosić. Byłaś moim wielkim wsparciem i dzięki Tobie niezliczona ilość zmartwień odeszła w zapomnienie.

Z Asią nie miałyśmy jakoś specjalnie ciepłych kontaktów podczas studiów, ale zdarzało nam się dość często pogadać przed zajęciami. Nigdy też nie zapomnę, jak jej mąż przed obroną licencjatu rozładował emocje zabawnymi opowieściami z porodówki - wówczas był chyba jeszcze studentem medycyny. Od ukończenia studiów kontakt z Asią był mocno sporadyczny i ograniczał się do wiadomości na Facebooku. I to właśnie na Facebooku zobaczyłam, że Asia jest w ciąży. Napisałam, poinformowałam, że ja też spodziewam się dziecka i nasze kontakty przybrały na sile.


Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że Asia jest osobą wyjątkowo ciepłą i wzbudzającą zaufanie, a przy tym niezwykle skromną. Takim zupełnym przeciwieństwem mnie. Ja kobiecość muszę sobie przed lustrem wypracować, a ona ją po prostu ma... Szczęściara. Powinnam jej nie lubić, ale nie da się.

Pisałam do Asi zawsze, kiedy miałam jakieś wątpliwości. Wiedziałam, że jej wiedza na pewno jest większa, ponieważ szybciej urodzi, więc ma za sobą to, co ja dopiero będę przechodzić, a poza tym ma męża lekarza. Cieszyłam się, kiedy już po rozwiązaniu okazało się, że Asia została mamą ślicznej, zdrowej i tak długo wyczekiwanej córki. Dałam jej wtedy święty spokój, żeby mogła cieszyć się macierzyństwem. Okazało się jednak, że ona nie zwariowała i ma czas na: bycie mamą, internet, pracę i na wszystko inne, także na wieczorne pogaduchy ze mną. Pytałam więc o pobyt w szpitalu, o bóle po cięciu cesarskim, o powrót do całkowitej sprawności, o karmienie piersią. Na każde pytanie dostawałam odpowiedź.

Być może dałabym radę bez ciągłego pytania o to i tamto, i tamto, i jeszcze tamto, ale w wielu wypadkach mogłam się utwierdzić w przekonaniu, że moja wiedza jest wystarczająca, że dam radę, że wszystko będzie dobrze.

W szkole rodzenia, którą wybrałam, położna już na pierwszych zajęciach zapytała, czy zgadzamy się na stworzenie listy "wsparcia", którą może ktoś z nas w przyszłości wykorzysta. Wszyscy się zgodzili. Tabela z imionami, nazwiskami, miejscem zamieszkania, numerem telefonu i planowanym terminem porodu miała być awaryjnym wyjściem po powrocie ze szpitala - żebyśmy wiedzieli, że inne pary są w takiej samej sytuacji jak my, że jest nas więcej, że możemy zadzwonić, zapytać, pożalić się. Ja z tej listy nie skorzystałam, bo miałam kontakt z Asią, ale uważam, że to był pomysł genialny. Nie trzeba dzwonić, czasami po prostu dobrze jest wiedzieć, że inni mają podobnie, że inne pary w deszczowe i wietrzne listopadowe dni też muszą siedzieć z dzieckiem w domu i może to dziecko też płacze i oni nie wiedzą, dlaczego płacze, więc i oni płaczą...

"Rodzicielstwo trzeba poczuć" - napisał mi ktoś jeszcze przed porodem. Odczuwanie "w kupie" jest mimo wszystko bardziej komfortowe. Asiu, dziękuję...

Szukajcie swojego wsparcia. Nawet jeśli ten kontakt urwie się zaraz po porodzie, zaraz po zakończeniu kolek, zaraz po ząbkowaniu. Po prostu warto...

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Syndrom końca wakacji daje wam w kość? Oto 5 taktyk na przetrwanie
0 0USG połówkowe jest najważniejszym badaniem w ciąży. Zobacz, czego możesz się dowiedzieć