
Ciągłe narzekanie na błędy i niedociągnięcia systemowe to w naszym kraju standard. Słusznie miniony system nauczył nas, że wszystko nam się należy i wszystko trzeba załatwić za nas. Mnie rodzice nauczyli, że muszę sobie radzić sama i nic z nieba nie spadnie, chyba że kupa z samolotu...
REKLAMA
Jeszcze kiedy byłam w ciąży starałam się dowiedzieć na temat porodu jak najwięcej. Założyłam sobie jednak, że nie będę czytać komentarzy o tym, jak bardzo boli, jak jest strasznie w szpitalu i jak niemiły jest personel.
Zrobiłam małe rozpoznanie w terenie. Wiedziałam, że nie mogę trafić do szpitala w moim mieście, ponieważ zawodowo miałam nieprzyjemność spotkać się z ordynatorem i szefową położnych i pewnie, gdybym trafiła tu na porodówkę, w pierwszej wersji byłoby to traktowane jako „prowokacja dziennikarska” ;)
Poza tym nasz oddział nie ma „samych dobrych opinii”, a nie chciałam stać się królikiem doświadczalnym. Nowoczesne łóżko porodowe mnie nie przekonało, bliska odległość od domu też. Postawiłam na profesjonalny i przede wszystkim ludzki personel.
Wiele dobrych opinii słyszałam o szpitalu w Sulechowie. Będę wychwalać tę placówkę pod niebiosa do końca moich dni. Takiego wsparcia, jakie dał mi tamtejszy personel, nie otrzymałam nigdy nigdzie. W szpitalu czułam się jak w domu. Jedzenie wstrętne, ale nieodbiegające od innych placówek. Można się wspomagać „paszą z Lidla” i te kilka dni się przeżyje na rozwodnionej zupie jarzynowej i ryżowej kulce ze śladowymi ilościami mięsa.
Zanim jednak trafiłam do szpitala, przeszłam, jak każda ciężarna, długą drogę. Otwarcie przyznaję się, że cięcie cesarskie, które u mnie wykonano, bardzo mi pasowało od samego początku. Zgredek rósł jak na drożdżach, a mój kręgosłup nie jest w najlepszej formie. Ortopeda poradził mi, że najlepszym, a na pewno najbezpieczniejszym rozwiązaniem ciąży będzie cięcie.
Było jeszcze lato, do porodu jeszcze miałam trochę czasu, jednak już sobie w głowie poukładałam, że jednak cięcie będzie mi najzwyczajniej na rękę. Poczytałam jakie są zagrożenia, jakie mogą być powikłania i porównałam to z powikłaniami po porodzie naturalnym, zwłaszcza z tym, co może się stać z moim kręgosłupem. Poza tym cięcie można zaplanować co do dnia, a porodu naturalnego nie. Ten ostatni argument u mnie zwyciężył. Prowadząc własną działalność, a jednocześnie będąc dziennikarzem, terminy są niezwykle ważne. Przekalkulowałam więc, że zgodzę się pójść pod nóż. Tym bardziej, że termin wyznaczany jest przed planowanym terminem porodu, co mi było zdecydowanie na rękę.
Zrezygnowałam z porodu naturalnego i jest to mój biznes. Co wycierpiałam w konsekwencji podjętej decyzji, to też mój biznes, więc nic nikomu do tego, w jaki sposób moje dziecko przyszło na świat.
Nie zrezygnowałam jednak ze szkoły rodzenia. Nazwa ta jest o tyle myląca, że wiele kobiet rezygnuje z tych zajęć – moim zdaniem niesłusznie. Wprawdzie nie brałam udziału w ćwiczeniach oddechu, rozciąganiu i innych gimnastykach, ale wiedzę teoretyczną chłonęłam jak gąbka. Dziś wiem, że to nieoceniona pomoc. Oprócz karmienia piersią (które wszystkim polecam, bo jest: tanie, wygodne, higieniczne, dobre dla mamy i dziecka i w dodatku pomaga schudnąć), nauczyliśmy się kąpać dziecko, dowiedzieliśmy się jakie gadżety kupić, a co jest zupełnie zbędna, posłuchaliśmy o emocjach, jakie będą nam towarzyszyć w szpitalu, a potem już w domu. Usłyszeliśmy, jaką drogę pokonuje dziecko podczas narodzin i jak niwelować jego stres. No i przede wszystkim dowiedzieliśmy się, że inni rodzice są tak samo przerażeni jak my, co było porządnym kopem i pozwoliło na chwilę odetchnąć. Podczas jednych z ostatnich zajęć zobaczyliśmy, jak dr Harvey Karp radzi sobie z płaczem dziecka, co później skutecznie wykorzystywaliśmy przez pierwsze miesiące życia naszego zgredka. Nieocenione rady dawała także pani neonatolog, którą później spotykaliśmy na oddziale i która opiekowała się naszym synem.
Szkoła rodzenia powinna się nazywać inaczej. Może dzięki temu więcej kobiet i mężczyzn chciałoby do niej uczęszczać. Od taty, którego poznałam w szkole rodzenia i którego spotkałam na szpitalnym korytarzu, wiem, że wiedza, którą zdobyli, pozwoliła im urodzić córkę bez zbędnych nerwów – a to jest najważniejsze.
Oprócz samego porodu ważna jest opieka ginekologa podczas całej ciąży. Mój lekarz – najcudowniejszy człowiek na świecie, bardzo taktowny, wyrozumiały – nie pracuje w szpitalu, ale przyjmuje na fundusz zdrowia, więc wszystkie wizyty i badania były bezpłatne - USG podczas każdej wizyty, mąż mógł bez problemu mi towarzyszyć. Przez całą ciążę nie zapłaciłam ani grosza za opiekę medyczną. Zrezygnowaliśmy też z trójwymiarowego badania USG. Wszystko przebiegało książkowo, więc nie chcieliśmy wydawać pieniędzy na rzeczy zbędne – wiedzieliśmy, że wydatki jeszcze na nas w ukryciu czekają. W szpitalu nie znaliśmy nikogo z personelu (oprócz położnych ze szkoły rodzenia – darmowej), nie opłacaliśmy położnej, pielęgniarki, nie zanosiliśmy prezentów na koniec. Wychodzę z założenia, że każdy otrzymuje wynagrodzenie za swoją pracę i dawanie łapówek nie jest w porządku (swoją drogą uważam to za najgorsze przyzwyczajenie z poprzedniego systemu). Wychodząc ze szpitala, podziękowaliśmy wszystkim za świetną opiekę, a przez cały pobyt staraliśmy się po prostu nie utrudniać nikomu pracy.
Pobyt na oddziale trwał 5 dni – od środy do niedzieli. Jak już wspominałam w poprzednim tekście, na porodówkę pojechałam autobusem. Wzięłam ze sobą do plecaka piżamkę, szczoteczkę do zębów, klapki, ręcznik oraz dokumenty. Całą resztę dowiózł mi po pracy mąż. W szkole rodzenia dostaliśmy listę rzeczy, które należy wziąć ze sobą – dla siebie i dziecka. Dzięki temu w żadnym momencie nie byłam zaskoczona i niczego nam nie brakowało. Pobyt w szpitalu zaczął się bardzo nieprzyjemnie. Założono mi wenflon i podano kroplówkę, po której czułam się fatalnie. Rozpłakałam się, bo poziom stresu był tak duży, że ta kroplówką przelała czarę goryczy. Po pół godzinie jednak wszystko minęło i zaczęła się sielanka. Bałam się jak cholera, bo wiedziałam, co mnie czeka i co będą mi robić. Personel jednak starał się ten stres rozładowywać. Później już dowiedziałam się, że zakładanie wenflonu jest nieprzyjemne i pielęgniarka tak naprawdę zrobiła to książkowo, a to jak jest delikatna udowodniła podczas usuwania cewnika - siostro, jeśli to czytasz, dziękuję.
Wieczorem przed cięciem przyszedł na moją salę anestezjolog, który dokładnie pytał o wszystkie przebyte choroby, wytłumaczył, jak będzie wyglądało znieczulenie, co się ze mną będzie działo, o czym mówić lekarzowi, a co jest naturalne. W dzień cięcia cała operacja przesunęła się z godziny 9 na 11, ponieważ „nie wyrobili się” z wcześniejszymi cc. Przez cały czas był ze mną mąż – od podania pierwszej kroplówki do wejścia na salę operacyjną ( a później od rana do wieczora przez wszystkie dni pobytu w szpitalu - z przerwami na obiad). Na salę weszłam o własnych siłach, personel wydawał się niezainteresowany moją osobą – lekarze, pielęgniarki i położne żartowali ze swoich grafików, z nazw przyrządów chirurgicznych, z pogody i wszystkiego wokół. Dziś wiem, że w ten sposób zupełnie odwrócili moją uwagę od tego, co się wydarzy za chwilę. Kiedy już leżałam po znieczuleniu, drzwi od sali otworzył ordynator. - Jeszcze tylko pana tu brakowało, ordynatorze – powiedziałam. - No to już mnie nie brakuje – odpowiedział i zapytał, czy wszystko w porządku.
Kiedy już zgredek się urodził i siostra zabrała go do mierzenia, ważenia i innych sprawunków (pod nadzorem Pana Męża), lekarz zabrał się za szycie. - Panie doktorze, ja to bym chciała w najbliższe lato w bikini wystąpić na plaży – powiedziałam. - Nago pani wystąpi. Tu pracują profesjonaliści. Tak zszyjemy, że nic nie będzie widać – odpowiedział lekarz. I tak zszyli ;)
Wiele rzeczy z samej operacji jest zabawnych, ale równocześnie bardzo osobistych, więc zachowam przynajmniej te szczegóły dla siebie. Podzielę się jedynie doświadczeniem, o którym opowiadam z bananem na twarzy, Kiedy już znieczulenie działa, człowiekowi wydaje się, że nogi ma ciężkie jak kamienie i nic ich nie jest w stanie ruszyć. Zaraz po skończeniu szycia, leżałam przez moment i nikt się mną nie zajmował (albo nie widziałam nikogo, bo przecież nic nie czułam). I kiedy tak sobie leżałam i myślałam, że to już koniec, nagle w górze (dla mnie to było pod sufitem) zobaczyłam dwie nogi. - O, ku***a, to moje nogi są - pomyślałam i wybuchnęłam śmiechem. Pielęgniarka pewnie mnie myła, ale ja tego czuć nie mogłam. Ten obrazek już zawsze będę w myślach przywoływać, gdy ktoś zapyta mnie o cc.
Maluch został zabrany z tatą do zbadania (tata przez cały czas czekał pod drzwiami sali operacyjnej). Na salę (tę samą, na którą zostałam przyjęta dzień wcześniej - dwuosobową z łazienką, ogromną szafą wnękową, wielkimi plastikowymi oknami, ogrzewaną tak, że nawet po porodzie okno było uchylone przez całą dobę i nikomu nie było chłodno) mój syn przyjechał zaraz za mną i od razu siostra przystawiła go do karmienia. Chwilę później tata kangurował syna. Kiedy przyszedł lekarz sprawdzić, jak czuję się po operacji, moi panowie siedzieli obok mnie przytuleni do siebie, okryci tylko ręcznikiem. - Ależ to jest piękny widok – powiedział ordynator do mojego męża. - To był piękny widok. Widok, którego się nie zapomina.
Przez kolejne dni położne i pielęgniarki była na mojej sali niezliczoną ilość razy. Przychodziły sprawdzać stan mój i zgredka. Pytały, czy zgadzamy się na szczepienie, czy zgadzamy się na badania, czy podać leki, czy boli, co boli, czy życzymy sobie, żeby wykąpać dziecko. Odpowiadały też na nasze pytania i udzielały niezbędnych informacji.
W szkole rodzenia dowiedzieliśmy się, jakie mamy prawa i obowiązki, co musimy, czego nie musimy, czego możemy żądać. To wiedza niezbędna. Być może nie trzeba szkoły rodzenia „zaliczyć”, ale na pewno trzeba dowiedzieć się, gdzie można rodzić po ludzku. Ja miałam to szczęście, że taką wiedzę zdobyłam, ale z nieba mi ta wiedza nie spadła...
