
Dziś, kiedy jestem mamą 8-miesięcznego szkraba, ciążę i wszystko, co z nią związane, wspominam z uśmiechem. Miałam to szczęście, że wszystko odbyło się tak, jak zaplanowałam. Może jedynie okropny ból żeber wyrzuciłabym z pamięci, bo był naprawdę nie do zniesienia, utrudniał siedzenie i leżenie, i normalne egzystowanie. No i najmądrzejsza rzecz, jaką zrobiłam, to przesunięcie remontu łazienki na czas po porodzie (do dziś nie zaczęty ;) ). Dzięki temu klamka okna dachowego stała się moją przyjaciółką podczas wychodzenia z wanny..
REKLAMA
Życie kobiety w ciąży nie jest traumą i nie jest trudne. Stwierdzam to z pełną odpowiedzialnością. Wszystko tak naprawdę zależy od ciężarnej. Wiele kobiet narzeka na swoich partnerów. Faktem jest jednak, że nikt nas do związku z konkretną osobą nie zmusza. Nie należy liczyć, że mężczyzna się zmieni nagle po tym, jak razem zamieszkamy, dzień po ślubie, po zaręczynach, po narodzinach dziecka. Nie, on się nie zmieni. Tak samo, jak my się nie zmienimy. Jedyne, co się zmieni, to częściej będą widoczne nasze negatywne cechy, bo przebywanie razem przez długi czas jest swoistym survivalem. I nie da się długo powstrzymywać. Randki to inna para kaloszy, wspólne życie - inna.
Na mojej "tablicy ogłoszeń" obok lodówki powiesiłam kartki z sentencjami. Generalnie dotyczą one tego, że jestem wolnym człowiekiem i nie należy wtrącać się w moje życie. To takie "dobre rady" dla gości ;) Jedna wskazówka jest jednak dla mnie. Kiedy jestem wściekła i chcę zamordować mojego męża, czytam, co jest napisane na tej kartce: "Udane małżeństwa nie są efektem znalezienia idealnej osoby, lecz kochania niedoskonałego człowieka, którego wybrało się na współmałżonka".
Jakiś czas temu pod tekstem jednego z panów, który słusznie próbował uświadomić nam, kobietom, że nie jesteśmy idealne i tylko demonizujemy facetów, napisałam: "Staram się nie mówić źle o moim mężu, bo cenię sobie naszą wzajemną lojalność. Staram się ponadto dojść do porozumienia, kiedy tylko to jest możliwe. Wiem, z kim zdecydowałam się iść przez życie - była to decyzja świadoma. Miewam pretensje o jakieś pierdoły, ale druga strona także miewa. Nie używamy słów: "zawsze", "nigdy", nie wypominamy sto razy tych samych spraw i jakoś dajemy radę. Nie mamy jasno określonego podziału obowiązków. Każdy robi to, na co akurat ma czas, jaka jest potrzeba, na co ma ochotę. Jak wychodzę z domu, nie zostawiam listy wskazówek, bo mój mąż jest ojcem i instynkt rodzicielski dotyczy go tak samo, jak mnie, a poza tym nie czuję się lepszym rodzicem od mojego męża. Lubię gotować, więc to robię, mój mąż nie lubi zmywać sztućców, więc tego nie robi. Lubię kosić trawę i dbać o ogród, więc to robię, ale nie wynoszę śmieci, bo nie lubię. Razem robimy zakupy - czasami wspólnie, czasami ja, czasami mąż, sprzątamy, jak jest taka potrzeba, wstajemy do syna w nocy (komu szybciej przeszkadza płacz, kto się szybciej obudzi, ten wstaje - bywa bardzo różnie), kąpie się z dzieckiem (7-miesięcznym) to z nas, które ma ochotę - jak nikt nie ma ochoty, wyciągamy wanienkę i mały kąpie się sam . I nie ma problemu z seksem, bo to, jak się wzajemnie traktujemy jakoś tak finalnie skłania nas do przyjemnego zakończenia/rozpoczęcia/przerwania na chwilę dnia".
I kiedy przypominam sobie ciążę, uświadamiam sobie, że mąż nie traktował mnie jak kobiety w ciąży nie dlatego, że jest draniem, ale dlatego, że wiedział, co lubię, a czego nienawidzę. Nie znoszę, kiedy traktuje się mnie jak niedołężną, jak się na mnie chucha i dmucha, i próbuje wyręczać. W ciąży czułam się na tyle dobrze, że dzień przed porodem myłam okna, a do szpitala oddalonego o jakieś 20 kilometrów pojechałam autobusem, żeby mój mąż nie musiał brać dnia wolnego. Oprócz Pana Męża i mojej cudownej Darii nikt nie wiedział, kiedy zgredek pojawi się na świecie.
Dwa dni przed porodem byłam na wielkich zakupach. Chciałam zapełnić lodówkę, bo wiedziałam, że jak już urodzę, Pan Mąż nie będzie miał głowy do tego, że trzeba coś jeść, więc "zimna pasza" była jak znalazł.
Przypominam sobie z okresu ciąży jedną sytuację z inną ciężarną. Stałam w kolejce na poczcie, kiedy weszła rozweselona para, kobieta szybkim krokiem przemierzyła długie pomieszczenie, ale po jakimś czasie odechciało jej się stać w kolejce i próbowała się po prostu wepchnąć przede mną. Nie było widać, żeby czuła się źle, bo dobry humor jej nie opuszczał, obok stały puste krzesła. Kiedy zwróciłam uwagę, że byłam pierwsza, usłyszałam: "Ale ja jestem w ciąży". "Ja też, ale aż tak się z tym nie obnoszę" - odpowiedziałam i podeszłam do okienka. Mina rzeczonej pani bezbłędna. I właśnie mam wrażenie, że niektóre kobiety źle się do całej sprawy zabierają. Rozumiem, że w Polsce dzieci rodzi się za mało i trzeba wspierać tych, którzy dzieci chcą mieć, ale z drugiej strony, jak ktoś się na to dziecko decyduje, to niech od początku bierze odpowiedzialność za swoją decyzję. Nie mam na myśli kobiet, które źle znoszą ciążę, które o każdy dzień muszą się martwić, ale te, które czują się wyśmienicie, ale wygodniej jest powiedzieć im po prostu: "Ale ja jestem w ciąży". Ciąża to nie choroba.
Kiedy wspominam moją ciążę, przestaję się dziwić, że wiele osób patrzyło na mnie z dziwnym wyrazem twarzy. Kobieta z ogromnym brzuchem wspinająca się na Szczeliniec i przeciskająca się (dosłownie) przez Błędne Skały, kobieta z brzuchem nosząca torby z marketu, kobieta z brzuchem na myjni samoobsługowej, "brzuch z kobietą" na koncercie. No i te spojrzenia sąsiadów, kiedy ostatni raz w stanie błogosławionym myłam okna. Nic jednak nie przebije miny położnej, która przyjmowała mnie w szpitalu i, pytając, gdzie mam bagaż, zobaczyła plecak. Żeby nie było, torby późnym popołudniem, po pracy, przywiózł Pan Mąż.
