
Taka sytuacja. Siedzę przed stajnią i patrzę, jak Klara jeździ na koniu. Co jakiś czas robię telefonem zdjęcie, dokumentując jej postępy w galopie. Nagle przed moimi oczami wyrasta postać - Starszy Pan wyciąga do mnie rękę, w której trzyma kapelusz i mówi: - Dołoży Pani staremu na obiad? - Raczej na flaszkę - myślę, ale ponieważ wyznaję zasadę, że jak mam, to daję z nadzieją, że jeden gest na sto człowiekowi realnie pomoże, grzebię w portfelu i wrzucam kilka złotych do kapelusza. - Bóg zapłać, Dobra Kobieto - uśmiecha się do mnie Starszy Pan i pyta, czy kocham konie. - Nie. Córka kocha - odpowiadam zgodnie z prawdą. - Do konia trzeba mieć spokój w sercu - mówi. - Pewnie tak - odpowiadam z nadzieją, że to nie jest początek dłuższej konwersacji, bo Klara na mnie patrzy z lekką irytacją, widząc że nie filmuję.
Bliskie relacje, których nie da się pospiesznie budować. Są nietrwałe, płytkie i kruche. Rozpadają się pod wpływem kryzysów, które są nieuchronne. Kryzysy potrzebują grubych murów (takie mury się buduje uważnie latami).
Rozwój dzieci. Te wszystkie momenty, których nie da się doświadczać z okna pędzącego pociągu. W konsekwencji brak rozumienia tego, co jest potem. „Dlaczego już ze mną nie rozmawiasz, Synu?”. „Wolę pograć, Mamo”.
Przyjaźnie. Bycie z innymi w trudnych chwilach. Pamiętanie o ważnych wydarzeniach. Wspieranie. Nie da się tego zrobić dobrze na odległość. W konsekwencji oni wciąż machają do nas z peronów.
Więzi. Generalnie budowanie relacji z innymi ludźmi. Wspólne fotografie. Z pędzącego pociągu obraz jest rozmazany.
Siebie. Kontakt z własnymi potrzebami. Kim teraz jestem i czy to ja. I czy tym kimś chciałem być. Czy siebie rozumiem. Czy mogę sobie zaufać. Czy ta obca Pani to nadal ja?
Momenty. Patrzenie na konie. Las. Zapach morza. Bociany. Zapach szczypioru na polu. Mokry mech pod stopami.
