O autorze
Kobieta, która wciąż poszukuje przepisu na szczęście. Żona, która wierzy, że małżeństwo ma głębszy sens. Mama dwóch maluszków, które nauczyły ją więcej niż ktokolwiek inny. Wreszcie konsumentka, która na własnej skórze doświadcza pozytywnych skutków zdrowego odżywiania. Próbuje żyć świadomie i coraz bardziej delektuje się życiem! Prowadzi bloga Kochane Dzieci, na którym opowiada o macierzyństwie, zdrowym odżywianiu i rozwoju osobistym. Mail: kontakt@kochanedzieci.pl Znajdziesz mnie także na Youtube

Co fajnego i zdrowego dać dziecku i sobie zamiast kanapki z żółtym serem?

Zdjęcie z prywatnego archiwum
Pamiętam dokładnie czas, gdy zaczęłam się zdrowo odżywiać. Było to trzy lata temu, kiedy nagle dowiedziałam się, że mam cukrzycę ciążową. Jak to możliwe, że ta cukrzyca mnie w ogóle dopadła?? Przecież nigdy nie miałam większych problemów z utrzymaniem prawidłowej wagi. A to, że objadałam się słodyczami, jadłam dużo smażonych rzeczy, dużo wyrobów z białej mąki, czy relatywnie mało warzyw, to była zupełnie inna sprawa. Sprawa, o której wolałam nie pamiętać. Szczęśliwie dla mnie cukrzyca ciążowa była faktem. Wreszcie przyszedł taki moment, że musiałam bliżej przyjrzeć się temu, co nakładam na swój talerz. Na początku wcale nie było łatwo. Stare nawyki i uzależnienia (w tym uzależnienie od słodyczy!) nie pozwalały o sobie zapomnieć. Już wiedziałam, że lepiej unikać wyrobów z białej mąki, ciężkich i tłustych smażonych posiłków, olejów kiepskiej jakości. Wiedziałam, że warto jeść jak najmniej przetworzony pokarm (wędlina i żółty ser kiepsko wpisywały się w tą koncepcję) i postawić na warzywa, kasze i zdrowe tłuszcze. Wiedziałam to wszystko a jednak… no właśnie, gdy przychodziła pora przygotowania śniadania, czy kolacji miałam spory problem. No bo czym zastąpić kanapkę? Przecież to bardzo naturalne w naszym kraju, że gdy przychodzi poranek albo wieczór, na stole ląduje chleb, bułki, masło, wędlina i ser oraz na pocieszenie plasterek ogórka czy pomidora.


Nie dać za wygraną


Wiedziałam, że chcę zacząć jeść zdrowsze rzeczy. Robiłam to dla siebie, ale robiłam to też dla dziecka, które w sobie nosiłam, aby nie obarczać go już na starcie problemami, których przyczyna tkwiła w nieodpowiednim odżywianiu. Robiłam to także po to, aby mój nieco ponad roczny syn jadł tylko to, co będzie budować jego organizm i jego odporność. Budować, a nie niszczyć. Robiłam to dla całej naszej rodziny, aby raz na zawsze pożegnać złe nawyki żywieniowe, które małymi krokami niszczyły nasze organizmy i sprowadzały widmo przewlekłych chorób.


Dzisiaj wszystkim tym, którzy są na początku tej drogi, mogę powiedzieć, aby wprowadzali zmiany małymi kroczkami. Postanowienie, że od dzisiaj nie jem niczego co szkodzi, może się nie powieść. Ale małe zmiany mogą w dłuższym okresie zaprowadzić nas do niesamowitego miejsca. I dodam, że warto mieć motywację. Wiedzieć, po co się coś robi. Zdrowie naszych dzieci może być jedną z nich.



Jak się zmieniała moja nowa ‘kanapka’

Najpierw przestałam kupować wędliny i żółty ser ze sklepu (staraliśmy się kupować ser lepszej jakości i traktować go jako dodatek). Zamiast tego zaczęłam kupować kawał świeżego mięsa i piekłam go w piekarniku z dodatkiem różnych ziół. Całą rodziną zaczęliśmy robić cotygodniowe wypady na targ, na którym kupowaliśmy biały ser bezpośrednio od rolnika czy pasztet domowej roboty. Zamieniłam jasny chleb na ciemne pieczywo (razowe, żytnie, z ziarnami), a czasami mój mąż sam robił chleb domowej roboty. Raz na zawsze wyrzuciłam z domu białe kajzerki. Zwykłe masło zastąpiliśmy masłem klarowanym, a potem zastąpiliśmy je tłoczonym na zimno olejem (najlepiej lnianym).
Na kanapkę starałam się nakładać coraz więcej warzyw – najlepiej sezonowych. W zimie jedliśmy zatem ogórki kiszone lub kapustę kiszoną, posiekane plastry pora lub cebulę, latem zaś pomidory, ogórki, paprykę, sałatę różnego rodzaju czy inne. Wisienką na torcie była posiekana natka pietruszki, dużo natki! Zaczęłam również kupować ziarna siemienia lnianego, mielić je w zwykłym młynku do kawy (kupionym specjalnie na mielenie ziaren, bo kawy w ogóle nie piję) i potem posypywać nimi kanapkę. Czasami dodawałam również ziarna słonecznika, kiełki czy na przykład nasiona czarnuszki.



Śniadanie na ciepło? Tak, polecam!

Wraz z upływem czasu moja kanapka miała w sobie coraz mniej pieczywa, a coraz więcej warzyw. Zaczęłam również coraz częściej przyrządzać śniadania i kolacje na ciepło, podobnie jak obiad. Coraz częściej gotowałam w zwykłym garnku na parze warzywa sezonowe. Latem były to: brokuł, kalafior, fasolka szparagowa, szparagi, cukinia czy bakłażan. Zimą marchew, por, seler, pietruszka, czy na przykład jarmuż. Warzywa polewałam olejem, do tego dodawałam sól (oczywiście himalajską), przyprawy, zmielone siemię lniane, natkę pietruszki, szczypiorek lub koperek. Warzywa te serwowałam rodzinie z dodatkiem małej kanapki lub w ogóle bez kanapki.
Kolejnym odkryciem było to, że mogę w ogóle nie dodawać chleba do warzyw, ale zastąpić go czymś zdrowszym i jeszcze bardziej sycącym. Tym sposobem na moim talerzu na śniadanie i kolację obok warzyw lądowały kasze. Postawiłam na wspaniałą kaszę jaglaną, którą można nazwać królową kasz, czy kaszę gryczaną niepaloną - tę drugą moje dzieci mogą do dzisiaj jeść samą bez żadnych dodatków i niesamowicie im smakuje. Czasami zamiast kaszy gotowałam ryż, czy na przykład rośliny strączkowe (takie jak bób, soczewica czy fasola różnego rodzaju – czerwona, a ostatnio mung czy adzuki).


Nowe smaki na talerzu – pasztety wegetariańskie i pasty

Im dłużej jedliśmy w ten nowy sposób, tym bardziej nasze smaki się wyostrzały. W sposób naturalny coraz rzadziej sięgaliśmy po mięso, które po prostu przestało nam smakować. Mój mąż, dotąd pożeracz mięsa, coraz bardziej kręcił nosem, gdy chciałam przyrządzić coś mięsnego. Inne rzeczy, takie jak na przykład kasza czy warzywa (w tym zwykła sałata), coraz bardziej zaczęły nam smakować.
Dalej jednak chcieliśmy urozmaicać posiłki czymś, co nada potrawie charakterystyczny smak. Dalej posiłkowaliśmy się żółtym serem (ale nie tym najczęściej spotykanym, ale na przykład serem kozim czy po prostu takim twardym długo dojrzewającym – nie wydawaliśmy na niego fortuny, bo kupowaliśmy go w małych ilościach).
W pewnym momencie odkryłam całe bogactwo niesamowitych pasztetów wegetariańskich! Moimi faworytami są pasztety ze strony jadlonomia.pl, które można w prosty sposób zrobić samemu w domu. Ich bazą jest kasza jaglana, zielona soczewica, duszona cebulka i różne przyprawy, dodatkiem zaś mogą być owoce suszone takie jak żurawina czy śliwka lub na przykład ogórek kiszony. Warto nauczyć się kilku przepisów, aby móc taki pasztet szybko zrobić i mieć zawsze pod ręką potrzebne składniki. Pasztet można połączyć z chlebem lub z warzywami na zimno lub ciepło, można dodać również do tego zestawu kaszę.
Odkryłam również całe mnóstwo różnych past (można je jeść z kanapką lub znowu z kaszą i warzywami, wszystko to jest kwestią przyzwyczajenia). Wiele przepisów na pastę znajdziecie również na wspomnianej wcześniej stronie. Można robić pastę na przykład z ciecierzycy czy czerwonej fasoli, ale można na przykład zrobić wspaniałą w smaku pastę z jajek (polecam samemu eksperymentować z dodatkami, my na przykład łączymy jajka ze zmielonym siemieniem i zmielonymi ziarnami słonecznika, zieloną natką pietruszki, czy olejem lnianym). Internet aż się ugina od różnych przepisów na pasty. Polecam znaleźć swoje ulubione smaki!
Teraz mogę powiedzieć, że w naszym domu coraz bardziej zacierają się różnice między śniadaniem, obiadem i kolacją. Nauczyliśmy się (i nasze dzieci!), że każdy posiłek jest okazją do tego, aby zjeść solidną porcję warzyw, kaszy czy po prostu czegoś na ciepło, co da zastrzyk niesamowitej energii.

Życzę powodzenia w eksperymentowaniu z kanapką!

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Znamy ranking dziecięcych imion pierwszej połowy 2019
0 0Tak po cichu odbiera się kobietom kontrolę nad porodem. Położna: "To będzie trauma"