Nic nie przygotowało mnie na emocjonalny odrzut ze strony mojego Maleństwa. Jak niechciany kundel łaszę się, przymilam, byle tylko zasłużyć na chwileczkę choćby uwagi. Pierwszy raz w życiu skomlę o miłość.

REKLAMA
Mój 7-miesięczny Skarb przechodzi chyba właśnie fazę usamodzielniania się ode mnie. I choć tak bym chciała, żeby udało nam się go wychować na ciekawą świata, samodzielną, piękną istotkę, to pierwsze odczepienie się boli strasznie!

Jakby kompletnie przestał mnie zauważać. Może moja wszechobecność w jego dotychczasowym życiu sprawiła, że stałam się już tylko elementem tła. Ja – kochająca do granic możliwości, wstawiająca codziennie bladym świtem, nasłuchująca nocnego oddechu, najczulsza mamcia!! Gdzie się podział jego szeroki, najpiękniejszy, niewymuszony uśmieszek, który serwował mi na dzień dobry, wynagradzający wszystkie trudy? Gdzie czułe spojrzenia podczas karmienia?? Gdzie wspólne gaworzenie podczas zmiany pieluszek… Wszystko inne zdaje się teraz dużo bardziej interesujące. A już najbardziej boli (choć stale oczy mi się pocą ze wzruszenia), jak pięknie Kruszynka reaguje na tatka, który zapracowany wpada choć na kilka chwil, żeby się powygłupiać z syneczkiem. Ile przy tym najcudowniejszego śmiechu!
I ja, tak ja, świadoma siebie, niezależna, przyłapuję się, że żebrząc o zauważenie, jestem w stanie dla tego Małego Człowieka zrobić wszystko. Wciąż się przymilam, stale wymyślam jakieś zabawy i zajęcia, żeby tylko zasłużyć na przelotne spojrzenie, może uśmiech (tak, to na pewno był uśmiech!).
Rozpieszczam go za bardzo. Robi ze mną, co chce. Nawet nie chcę myśleć, jak to będzie dalej.