Za każdym razem jest tak samo. Padam ze zmęczenia, już naprawdę mam wszystkiego dość, najchętniej wskoczyłabym pod kołdrę i po prostu zasnęła. Albo poczytała sobie coś zupełnie beztrosko, jak w dawnych, dawnych czasach. Mały nie daje jednak za wygraną, wciąż domaga się uwagi i troski. A do wieczora jeszcze chwila. Więc klnę w duchu ze zmęczenia, znużenia, przeklinając swoją końca-nie-widać matczyną dolę. No i zdarza się, że wtedy, często bez zapowiedzi, przychodzi odsiecz.

REKLAMA
M. widzi, że potrzebuję odsapnąć. Albo kochana teściowa, co to mieszka za ścianą. Że jedno albo drugie przejmie Małego na dwie-trzy godziny! Żebym się położyła.
Nadzieja w moim oku rozbłyska wielkim płomieniem! Już się witam z mięciutką poduszką! Muszę jeszcze im tylko wszystko przekazać: co Mały ma jeść, kiedy, że dziś trochę nie w humorku, więc może marudzić. No i żeby nie zapomnieć o witaminach po jedzeniu. No i że pewnie go przewinąć będzie trzeba. Acha, i że spodobała mu się ostatnio ta i ta zabawka. Zanim przekażę te wszystkie, niezbędne rady, mija spokojnie piętnaście minut. No i jeszcze Małego ucałować, przytulić...
Zamykam drzwi do sypialni. Boże, jak miło!!! Chwilko trwaj!!! I już mam głowę przy poduszce, już zaczyna się robić cieplutko, gdy... dochodzą do mnie odgłosy z sąsiedniego pokoju. O nie, to Mały płacze! Pewnie mu coś złego się dzieje.... Dlaczego on ciągle płacze? [to po minucie]. To na pewno brzuszek. Albo nie, pewnie chce mu się spać, a oni nie wiedzą, że on tak wtedy oczka mruży. Nie, nie, to przecież płacz z głodu... I tak mijają kolejne minuty. Wcale nie śpię - nie mogę zasnąć. Moje dziecko wyraźnie cierpi, porzucone przez własną matkę, a ta tu sobie beztroską drzemkę próbuje uciąć. Ty, ty... matko-egoistko! I już wstaję, z sercem na dłoni dla Małego. Już, kochanie, mamusia idzie cię uratować.
"Stooop!!!" "Wracaj!!!" - słyszę krzyk Hani w głowie. Położna ze szkoły rodzenia. Przestrzegała: nauczcie się dawać sobie pomagać. Oni będą się zajmowali dzieckiem na swój sposób, nie tak jak ty. Musisz im na to pozwolić. Żebyś nie zwariowała.
Wracam do łóżka. Włączam cicho radio, żeby zagłuszyć odgłosy. W końcu, z ciężkim sercem (bo Mały chyba wciąż kwili) udaje mi się zasnąć.
"Rety, ile ja spałam!?!" - zrywam się nie wiadomo po jakim czasie. Jakaś groźna cisza panuje. "Boże drogi, ne pewno coś złego się stało!" Pędzę do pokoju Małego.
Maleństwo tymczasem śpi sobie uroczo w swoim łóżeczku, z rączkami ku górze. Bezpiecznie mu. A tatuś coś tam przy komputerze sobie stuka. Uśmiecha się na mój widok. "I jak, pospałaś troszkę? Lepiej już?"
Uff. Nic się nie stało. Boże, jak miło sobie tak pospać. Od razu człowiekowi lepiej.
Kwoka vs. mamcia wypoczęta 0:1. Tym razem udało się!