[Z cyklu jak to w ogóle ogarnąć.] Dostaję emaila od kuzynki. Cudne wieści! Z okazji rocznicy ślubu mąż zajął się dzieckiem przez cały poranek. I ona, SZCZĘŚCIARA, po raz pierwszy od 15 (słownie: piętnastu!!) miesięcy odkąd pojawiło się w ich życiu dzieciątko, spała snem nieprzerwanym przez… prawie 8 (słownie: osiem!!) godzin. „Co za szczęście móc się tak wyspać”, pisze uradowana z tego jakże przemyślanego prezentu od małżonka.

REKLAMA
A ja się pytam (sama siebie, bo nie mam odwagi odpisać, żeby czegoś nie palnąć), gdzie ten cudowny mąż i ojciec się podziewał przez ostatnie ponad półtora roku??? To znaczy, że ani razu nie wstawał do dziecka w nocy czy rano, żeby dać chwilę wytchnienia matce? Jasne, on normalnie pracuje (czyli 8-9 godzin dziennie) a dziewczyna jest na „urlopie” macierzyńskim (teraz już wychowawczym). To przede wszystkim do jej obowiązków należy opieka nad dzieciątkiem. Ale to znaczy, że 24 godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu? Czyli nawet w weekendy się nie dzielą obowiązkami rodzicielskimi jakoś? A co ze świętami i dniami ustawowo wolnymi od pracy? A co z ich wspólnymi wyjazdami na wakacje? A co wtedy, gdy była przeziębiona???
Od jakichś dwóch tygodni nie mogę się ogarnąć po tej wiadomości. Jak można pozwolić partnerowi na taką spychologię? Albo jak to w ogóle możliwe, że ona doprowadziła się do takiego stanu umysłu, że całą sytuację opisuje w kategoriach szczęścia i ze szczerą wdzięcznością, za to, że małżonek jej rąbka nieba uchylił.
Jedno warte drugiego.