Wychowywanie drugiego człowieka, to zajęcie na całe życie. Nie ma taryfy ulgowej, zniżek, promocji, darmowych pakietów czy opcji „pół roku za darmo”. Bycie rodzicem, opiekunem prawnym zobowiązuje. Zadanie nie jest proste, ale nie jest niemożliwe do wykonania. Najważniejsze to cierpliwość, spokój i systematyczność jak przy codziennych ćwiczeniach, pracy czy zdrowym odżywianiu. Rozmowy z naszymi dziećmi powinny być czymś tak naturalnym jak sen, oddychanie albo posiłki.
REKLAMA
O ile „małe dzieci, to mały problem”, o tyle „duże dzieci, to duży problem”. Tak mówi staropolskie przysłowie i jakaś mądrość w tym jest zawarta. Nie wiem, czy zauważyliście, ale podaż czasopism i magazynów dotyczących małych dzieci jest ogromna. Do wyboru, do koloru. Sama kupowałam mnóstwo gazet, by wiedzieć jak najwięcej o wychowaniu dziecka, o pielęgnacji, rozwoju, o tym jak być dobrym rodzicem.
Nowy problem z wychowaniem, a właściwie z brakiem wiedzy na ten temat, zaczął się wtedy, kiedy rozpoczęła się szkoła podstawowa, a już epicentrum niewiedzy osiągnęłam w gimnazjum. Odniosłam wówczas wrażenie, że chyba o nastolatkach niewiele osób pamięta. Poradników dla rodziców w formie czasopism, dotyczących tego newralgicznego wieku praktycznie żadnych. Tak, jakby wychowanie kończyło się na szóstej klasie szkoły podstawowej, a wszystkie problemy zostały rozwiązane w dzieciństwie.
Nie ukrywam, że w pewien sposób dawały o tym znać do zrozumienia same dzieci, które nagle poczuły się dorosłe w wieku lat dwunastu czy trzynastu, a nawet sami nauczyciele, którzy na pierwszym zebraniu w gimnazjum, powiadomili rodziców, że „Teraz proszę Państwa, dzieci muszą być absolutnie samodzielne, wszystkie sprawy będą załatwiane w szkole, z nami nauczycielami bez udziału rodziców. Proszę nie ingerować, nie przychodzić. Kontakty ze szkołą ograniczamy do klasowych zebrań semestralnych i nagłych spraw wychowawczych czy edukacyjnych”.
Zaraz, zaraz. Uniosłam się jak prawnik, bo poczułam, jakby ktoś ograniczał moją władzę rodzicielską i to bez sądowego wyroku? A przecież zgodnie z kodeksem cywilnym dzieci powyżej 13 roku życia mają ograniczoną zdolność do czynności prawnych, a pełną zdolność do czynności prawnych po 18 roku życia, kiedy stają się, przynajmniej według polskiego prawa, w pełni dorosłe.
Wszystko to, zwróciło moją uwagę na kilka kwestii. Przede wszystkim wychowanie nie kończy się, kiedy dziecko wyrasta z przysłowiowych pieluch, porzuca piaskownicę, kiedy dostaje tornister na plecy, a władzę wychowawczą „przejmują” niejako nauczyciele, którzy niejednokrotnie potrafią w sytuacji kłopotliwej z uczniem powiedzieć rodzicom, że znają nasze dzieci lepiej, co jest nieprawdą, ale pod jednym warunkiem tj. codziennych rozmów z dzieckiem w wieku szkolnym, a potem nastolatkiem w gimnazjum czy liceum.
Dialog a nie monolog rodzicielski jest niezbędny, by wiedzieć o dzieciach jak najwięcej i to w każdym okresie wychowawczym. Łatwo zatracić tę granicę, kiedy małe dzieci bezkompromisowo nas słuchały, kiedy nasz rodzicielski autorytet był niepodważalny, słowa mamy czy taty święte a wówczas, gdy to dzieci chcą być słuchane przez nas i kiedy autorytetem stają się rówieśnicy w szkole, Internet, muzyczni idole albo nauczyciele. W każdym przypadku ta granica jest płynna. U jednych przebiega pomiędzy szkołą podstawową a gimnazjum, u innych wcześniej bądź odrobinę później.
Moim zdaniem, ta trudność rozmowy, polega na tym, że to my musimy być na nią gotowi jak żołnierz na warcie. Czasami są to późne godziny wieczorne, kiedy to prawie dorosłe pociechy pozamykają swoje konwersacje na przeróżnych portalach społecznościowych i internetowych aplikacjach, wrócą z zajęć pozaszkolnych czy odrobią lekcje. Pełna gotowość bojowa do rozmowy. Nareszcie mają czas dla rodziców. Zdanie „Czy możemy chwilę porozmawiać?” jest niczym hasło „Sezamie, otwórz się!”. Nauczyć się słuchać nastolatków bezcenne. Nie oceniać, nie moralizować, nie lekceważyć, nie ignorować, nie wyśmiewać, nie podnosić głosu, nie przytaczać wyświechtanych regułek, lecz błyskawicznie teleportować się w czasie i przypomnieć sobie jak to było, kiedy sami mieliśmy naście lat. Powrót do przeszłości w 3D.
Wiedza o naszym nastolatku i codzienny z nim kontakt jest równie ważny jak wspólne słuchanie muzyki Bacha w okresie prenatalnym czy zabawy na dywanie w wieku dziecięcym. Teraz jednak trzeba usłyszeć to, czego dziecko wprost nie powie, chociaż jego zdaniem mówi wyraźnie i głośno. To my nie słyszymy. Nie widzimy. Bardzo ciekawy czas wychowawczy. Inspirujący i kreatywny dla obu stron.
Piszę o tym, ponieważ gdzieniegdzie dostrzegam wśród znajomych bliższych i dalszych, ten nieustanny brak czasu na rozmowę z nastoletnim dzieckiem. Słyszę, że dadzą sobie radę samodzielnie. Są już przecież tacy dorośli. Pojadą, przyjadą, niech nie marudzą jak małe dzieci, nie narzekają, nie uskarżają się na swój los, szkołę, nauczycieli, przeładowany materiał, trądzik, wyśmiewanie ze strony rówieśników. Niech rozwiązują swoje problemy bez naszej wiedzy, dokonują wyborów, ponoszą odpowiedzialność swoich czynów, bo rodzice są zapracowani… dla nich. Tak. Jesteśmy zapracowani, zabiegani, pochłonięci tysiącem innych spraw, wypełnionym po brzegi terminarzem spotkań, telefonami w głowie, konwersacjami ze znajomymi.
Lecz zatrzymać się na chwilę, pójść z nastoletnim synem czy dorastającą córką do kina bądź na koncert, porozmawiać o jego czy jej koleżankach i kolegach, o marzeniach, planach, myślach, niepokojach, kwestiach społecznych, przeczytanych książkach, obejrzanych filmach, poznać zdanie na temat polityki, religii, edukacji, muzyki, odchudzaniu, wyglądu, mody, a nawet usłyszeć, co myślą o nas rodzicach… bezcenne.
Nie tak całkiem dawno, bo zaledwie parę lat wstecz, to dzieci słuchały nas. Czemu dzisiaj nie posłuchać, co mają nam do powiedzenia nastolatki?
