Jestem sukowata, płaczliwa i pozbawiona energii. Trudno mi pracować, bo mózg stracił zdolność logicznego myślenia i każda próba zwykłej aktywności zawodowej męczy go jak nigdy. Pociesza USG.

REKLAMA
Muszę chodzić ze zdjęciem z USG w torebce, bo - mówiąc szczerze - chyba nigdy tak długo nie czułam się tak źle. Weekend - wyjęty. Padłam i nie byłam w stanie się podnieść. Objawy grypopodobne, a że nie mogę brać nawet apapu, próbowałam sobie radzić domowymi sposobami. Wczoraj? O godz. 18 padłam i mnie nie było. Dziś - to samo. Wybudzenie na pościelenie łóżka.
Poza tym jestem wyjątkowo płaczliwa i - tak - sukowata. Wygarniam wszystko i każdemu. Wkurza mnie najmniejsza błahostka. Tak jest do popołudnia. Potem jest mieszanina rozpaczy i patrzenia na Fasolkę.
Jeśli dodać do tego hiperstymulację, ten wzdęty, deskowaty brzuch i skurcze jajników, to człowiek czuje się naprawdę niewesoło.
Do tego w pracy, która zawsze była sensem mojego życia, zabrano mi autorski projekt i dano pewnemu panu pod czterdziestkę, który mało robi, za to dużo gada i potrafi się podlizać odpowiednim ludziom. Za kilka miesięcy mojej ciężkiej pracy i inwestowania w fajną rzecz - coś takiego. I przykra obserwacja, jak ktoś rozwala coś udanego.
W takiej sytuacji nie chce się nawet myśleć o przyznaniu przed szefem, że jestem w ciąży. Nie, nie pogratuluje. Albo może raczej pogratuluje - sobie, że właściwie zrobił przekazując projekt komuś innemu. Bo i tak - tak pewnie myśli - niedługo nie będzie ze mnie pożytku.
A moja ciąża i tak nic go nie będzie kosztować. W mojej branży od dawna zatrudniają tylko na umowę o dzieło.
Fasolko, zostań ze mną, bo mogę naprawdę nie zdzierżyć kolejnego nieszczęścia.