Numer sześć wszczepiono
Numer sześć wszczepiono archiwum prywatne

Dr R dokonuje codziennie cudów. Dziś pokazał mi mój. Ale najpierw wprowadził mi go do macicy, co nie było przyjemne.

REKLAMA
Oszołomienie.
Te na zdjęciu to blastocysty. A zdjęcie zrobiłam oglądając film.
Ostatnie pięć dni kamera śledziła zarodki w szalkach, które, jak pamiętam z chemii, nazywają się szalkami Petriego. A może miniszalkami lub mikroszalkami, bo komórka nie jest taka duża.
Dr R pokazywał mi je z zachwytem w oczach: "My też tak naprawdę nie widzimy tego, jak się dzielą. Owszem, co rano się do nich zagląda i wyglądają inaczej, ale nigdy nie widzi się całego procesu" - i pokazał (chyba) bruzdę zarodkową. "Teraz oby była pani w ciąży".
Przyszłam do domu i padłam. Ścięło mnie. Może od progesteronu, może od oszołomienia.
Rano spałam do oporu, czyli do dziewiątej, co nie udaje mi się nawet w soboty.
Do kliniki jechałam niepewna, ale nieco mniej przygnębiona niż poprzedniego dnia.
Brzuch jak balon - idący od kości łonowej w górę. Zazwyczaj wklęsły, teraz tworzy jedną linię z żebrami. Ból, ale typowy jeśli wziąć pod uwagę, że kazało się jajnikom, produkującym jedną komórkę jajową co drugi miesiąc, nagle wyprodukować ich 17, czyli po dziewięć na jajnik.
W sali zabiegowej byłyśmy we trzy. Rozebrane od pasa w dół, w tych smiesznych zielonych spódniczkach z papieru. Ja po raz pierwszy, druga po raz trzeci, trzecia - weteranka. Opite wodą (miało być pół litra), podekscytowane, posłuszne.
Jeśli ktoś (jak ja) myślał, że transfer zarodków to pestka, jest w błędzie.
Jeśli jest skomplikowany, tak jak u mnie, trwa nie dwie minuty, a z dziesięć. I bywa trudny nawet dla dr R, który nazywany jest magiem. "Trzeba przyznać, że transfer był dość skomplikowany. Szyjka zgięta, macica zgięta" - wyjaśnił, jak zawsze oszczędny w słowach.
Manewry wziernikiem nie należą do najprzyjemniejszych, ale są do przeżycia, jak badanie ginekologiczne.
Po wszczepieniu kazano nam leżeć 10 min, dopiero potem iść do łazienki, a na dół zejść dopiero po kolejnych 20 min leżenia.
Transferowe Polek rozmowy, bezcenne dla etnografa.
Pani spod Kielc przyjechała na in vitro refundowane przez rząd aż do Warszawy, bo tam, gdzie mieszka, IVF nadal jest obrazą dla Boga i sąsiadek, które same rodziny nie założyły, ale rozliczają z niej innych. Pani nie-wiem-skąd, weteranka, mówiła, że nie należy przejmować się tym, co ludzie powiedzą, lepiej nikomu o tym nie mówić, to nie będą dokuczać, a najważniejsze jest wsparcie wyrozumiałego partnera.
I ja, znany bezczel, przerywający jej komunały: "Wie pani, ja akurat bez partnera. I da się przeżyć".
Ale nie jest prawdą, że bez wsparcia. Dziękuję wszystkim, którzy trzymają za mnie kciuki.
Co teraz? Nie wiadomo.
Może być ciąża, może jej nie być, a w obu przypadkach mogę się spodziewać hipesrtymulacji, która daje wyjątkowo przykre objawy - w jajnikach gromadzi się płyn, który wycieka i uciska na organy. Czasem wręcz trudno oddychać. I trzeba leżeć w szpitalu.