Wkurza mnie nawet własny kot. Ukochane zwierzę. Dwunastoletni substytut dziecka. Boli każdy krok, każdy dźwięk, każda uwaga. Progesteron nie tylko wysypał brodę pryszczami jak u nastolatka, ale obniżył nastrój do poziomu pamiętanego z...liceum?

REKLAMA
Czuję się jak beczka tocząca się na dwóch opuchniętych nóżkach. Nikt mnie nie przekona, że wyglądam szczupło. Brzuch wywaliło, ale i tak chyba mniej niż mózg.
Jak w depresji, ranki są straszne. Dopiero wieczorem funkcjonowanie nie jest męką, szukaniem sobie miejsca. W tym wszystkim zaskakująco dobrze robi mi chodzenie po zimnie. Z domu do pracy, z pracy do domu, a potem jeszcze do sklepu. A pogoda bliska zeru.
Każda uwaga boli. Każde odpysknięcie, tak normalne w mojej pracy, dotyka żywej tkanki ego.
A ma być jeszcze gorzej.
Piszę znieczulona wieczorną rozmową z K., który jest prezentem od opatrzności dla każdego, kto go spotyka. I który lojalnie uprzedził, że to w in vitro nazywa się dobry nastrój, bo wstrzykiwany w brzuch progesteron naśladuje budujące się ciałko żółte.
I że gorzej dopiero będzie, jak wszystko sobie pójdzie (oby nie!), bo wtedy zjazd z tego progesteronu jest niewyobrażalnym piekłem .
Gorszym niż to, co od trzech dni przeżywam od rana? To nie wiem, czy wytrzymam.
Jutro transfer, ale jakoś nie umiem się nim cieszyć. Szansa, że w tej dysfunkcyjnej macicy coś się zagnieździ, jest nikła. A może nie? Kurczę, nie wiem. Nie chce się rozczarować.
Test ciążowy trzeba mi będzie po tych dwóch tygodniach robić siłą.