REKLAMA
Ostatnio zaczytałam się w artykule na temat jakże rozdmuchanego i propagowanego w mediach wszelkiej maści godzenia macierzyństwa z pracą. "Większej bzdury nie widziałam!" - pisze autorka Matka, żona i kłopoty. To prawda. I pragnę dodać od siebie, że ja widziałam jeszcze jedną podobnie wielką bzdurę: "Nie liczy się ilość, tylko jakość czasu spędzonego z dzieckiem". I o tym będzie tu i teraz.
logo
http://www.theowner.co/2014/03/co-mowi-do-ciebie-albert-einstein/

My, matki (nie zawsze Matki-Polki) jesteśmy od lat karmione głodnymi kawałkami, w które już prawie uwierzyłyśmy, PRAWIE... Uwierzyłybyśmy, gdyby nie jeden drobny fakt. Życie. Proza życia, która codziennie i na każdym kroku przypomina nam jak daleka jest teoria od praktyki. I że w życiu nie ma nic za darmo. Że aby mieć coś, coś innego trzeba poświęcić, zaniedbać, odstawić na dalszy plan. Także/zwłaszcza te minuty, godziny, które mogłybyśmy poświęcić naszym dzieciom...
Nie zgadzam się z teorią, że liczy się jakość czasu poświęconego dziecku, a nie jego ilość. To marne wytłumaczenie albo pracoholiczek, pochłoniętych własną karierą zawodową, albo tłumione w sobie poczucie winy zwykłych matek, które po prostu - nie ogarniają. Nie przyjmuję do wiadomości faktu, że dziecku wystarczą dwie godziny dziennie spędzone z mamą czy tatą - nawet jeśli to jest czas poświęcony TYLKO i wyłącznie dziecku.
Nie przekonują mnie porady w stylu "I Ty możesz mieć w domu geniusza", czy "Wychowaj małego profesora!" Nie wierzę, że dziecko, które cały dzień spędza z opiekunką czy w żłobku/przedszkolu (generalnie - nie z własnym rodzicem), jest w pełni usatysfakcjonowane spędzając 2-3 godziny (od powrotu mamy/taty z pracy do czasu snu) z ukochaną osobą.
Wierzę za to, każde że dziecko pragnie wraz z mamą czy tatą poleżeć na łące czy bosą stopą pogmerać w nadmorskim piasku. Poturlać się po podłodze, robiąc gilgotki, pierdzioszki czy inne noski-eskimoski. Gdzie czas na bitwy poduszkowe? Głośne wzajemne ganianie się po pokoju? Uciekanie przed mamą z gołym tyłkiem i pieluchą na głowie? Gdzie czas na zwykłe, niespieszne kiwanie palcem w skarpecie? Wierzę, że wspólne zdmuchiwanie dmuchawców, wspólne nicnierobienie daje dziecku większe poczucie bezpieczeństwa i jest dla niego większym bodźcem rozwojowym niż zajęcia zgodne z najmodniejszymi metodami twórczego wspierania rozwoju niemowląt. I wierzę, że żadna, ale to żadna zabawka edukacyjna nie rozwinie w dziecku samodzielności i wyobraźni tak, jak bieganie z rodzicem po lesie.
I tak już na koniec. Wiem, że Albert Einstein miał już w genach odpowiedni potencjał, ale... Nie sądzę, żeby pani Paulina Einstein serwowała swojemu synkowi zagadki rozwijające jego kreatywność, by dawała mu do zabawy akcesoria rozwijające jego motorykę małą i dużą, stymulujące rozwój szarych komórek łamigłówki. Śmiem przypuszczać (choć nie wiem tego na pewno), że mały Albert ganiał z tatą po parku - z kijami, bawiąc się w wojnę i zwisał z gałęzi drzew głową w dół. Wierzę głęboko, że siniaki na kolanach czy zdarte łokcie podczas wspólnych zabaw z najbliższymi są o wiele większym bodźcem dla rozwoju małego bohatera niż wszelkie nowe modne metody.