Był taki moment. Mieszkałam w miejscu, którego nie lubiłam, wśród ludzi których nie akceptowałam, robiąc to, co nie przynosiło mi satysfakcji. Spakowałam się, powiedziałam sobie "pieprzę to". Wróciłam do domu, by się przepakować, wyruszyć dalej i zacząć nowe życie...
REKLAMA
Miałam wtedy dziewiętnaście lat. Byłam gdzie indziej, z kim innym. Wybrałam źle, złe miasto i niekoniecznie fajnych ludzi. Co dzień rano wstawałam bo musiałam. Gnałam na uczelnię, by brać udział w tym cyrku jaki mnie otaczał. Wychodząc z domu dostawałam depresji - czułam obrzydzenie do tego miejsca...
Nie mogłam znaleźć celu, nie potrafiłam realizować własnych marzeń. Chciałam to wszystko zmienić jednocześnie bojąc się jakiegokolwiek kroku naprzód. Pozornie było to spełnienie moich planów, a faktycznie? Dno, pułapka, sytuacja bez wyjścia. Ale tylko teoretycznie. W praktyce? Przyjechałam do domu, przepłakałam jedną noc. Rano oświadczyłam, że chociażby uznano to za moją osobistą porażkę - więcej tam nie wrócę...
W głowie miałam tylko jedne myśli - najczarniejsze. "Straciłaś rok! Rodzice zainwestowali tyle pieniędzy, a ty nie dość że to zmarnowałaś, to ich zawiodłaś!". Następne 30 dni były jeszcze bardziej koszmarne, niż całe te trzy miesiące w tamtym wciąż obcym mi miejscu. Ale czemu, przecież byłam w domu? Obłąkana wciąż wracającymi wyrzutami sumienia wreszcie znalazłam w sobie siłę by zrobić kolejny krok. Pojawiła się iskierka nadziei. I znów - porywczo jak zawsze - spakowałam plecak, wsiadłam w pociąg, wyjechałam do stolicy. Na ponad pół roku. Po co? By odnaleźć siebie...
To był świetny czas. Praca, praca, a w weekend piwo, znajomi, delikatne imprezy. Lubiłam to. Nie dlatego że mogłam bezgranicznie się bawić, a dlatego że miałam przy sobie kogoś, kto pozwalał mi na wszystko i jednocześnie był za mnie w jakiś sposób odpowiedzialny; nienachalnie. Kumpel z dzieciństwa, dobra dusza. Dzięki niemu tęsknota za domem nie była aż tak silna. A ja nie czułam się zagubiona w tej "wielkiej" Warszawie.
Zmiana środowiska pozwoliła mi odetchnąć i nabrać do wszystkiego dystansu. Praca umożliwiła mi zadeklarowaną spłatę moralnego długu u rodziców i dała poczucie usamodzielnienia. Nabrałam doświadczenia, rozpaliłam w sobie miłość do dzieci i miałam tylko jedno marzenie... Nabrałam pewności siebie. Godziny spędzone nad kartką papieru uświadomiły mi, że architektura to nie jest moja życiowa droga. Jednocześnie wewnętrzny głos kierował mnie na polibudę. I tak zostało. Złożyłam papiery, dostałam się. O Boże, przecież kompletnie nie umiem matmy...
Październik się rozpoczął, rok akademicki rozkręcał się na dobre. Przejęta spędzającą mi sen z powiek matmą, pierwszy semestr spędziłam nad książkami. Styczeń. Przełom. Znów zaczęłam wszystko od nowa... Wtedy tak naprawdę, zaczęłam swoje drugie, lepsze życie.
10 miesięcy później moje Marzenie się spełniło, a po kolejnych 9 miesiącach oczekiwania mogłam Je wziąć na ręce i mocno do siebie przytulić ;-)
