REKLAMA
Zainspirowana opowieściami nieidealnych matek, błędy notorycznie popełniających, ośmielam się zrobić poniżej listę moich rekordowych, totalnych, żenujących porażek w okresie wakacyjnym.
Jak wiadomo, okres wakacyjny, trudnym dla rodziców bywa. Dla tych, co pracują w tak zwanym NORMOWANYM czasie pracy, może mniej, ale dla tych, co się wzięli za wolne, tak zwane zawody, a i owszem. Ja się dorobiłam, w moim, jakże niepoukładanym życiu umiejętności, których wydawało mi się, że nie posiadam, a jednak. (Zresztą szczerze mówiąc nadal nie jestem pewna, czy je mam, ale mam serdecznych przyjaciół, co zamiast krytykować, po głowie mnie głaszczą). Otóż, jakoś tak w czerwcu, ktoś przyjazny i mądry zarzucił wędkę, haczyk, na który się złapałam, o ja gupia. Ten ktoś powiedział: napisz książkę. Ja, jak to ja? W środku czułam, że nie umiem, nie dam rady, co, jeśli skończy się to porażką, a z drugiej strony, że przecież spróbować należy. Bo wyzwanie, bo „a co, jak to ja nie dam rady”? Tak więc, haczyk połknęłam. Napisałam pięć rozdziałów, posiłkując się córką osobistą, co swoje zdanie i rozsądek ma (ciekawe po kim?), i recenzentką nadworną ją uczyniłam. Napisałam, bo pomyślałam sobie, że jak nie będzie dobre, to najwyżej nikt nie kupi, i cisza zapadnie, zasłona, zapomnę. A jak będzie dobre, to według sugestii poprawić spróbuję, a co mi tam. No i się znalazło wydawnictwo , i cudowna pani Ewa, której zdanie jest bezcenne, i co? I piszę. Ale to początek dopiero. Bo w międzyczasie, kiedy sobie czekałam na ten werdykt, ja, aktorka, podobno utalentowana, nie zasypywana jednak w ostatnim czasie zawodowymi propozycjami nie do odrzucenia, rozpoczęłam wakacje. Oczywiście wakacje na służbie. (Korczak i jego cudowne sentencje pt. „Jak kochać dziecko” niech tego nie słyszą) Wakacje z dziećmi, oczywiście. Mój najdroższy, najukochańszy i jedyny syn, S., mimo, że jeszcze w lipcu MÓGŁ uczęszczać do przedszkola, coby matce ulżyć na służbie ukochanym dzieciom, zdecydowanie stwierdził, że on nie chce do instytucji przedszkole, bo tam nie ma Frania, a przecież kocha być z Zosią. Swoją drogą nieustannie zastanawiam się czy kochanie czasu spędzanego z Zosią to rzeczywiście, jeden do jeden jest miłość, czy też nieodparte uczucie, że jest ktoś, komu można podokuczać, pokopać, poryczeć, pojęczeć, poskarżyć, powkurzać, cokolwiek, pewnie jedno i drugie. Tak czy siak, zostaliśmy z M., małżonkiem osobistym 24h na dobę z dziećmi. Ta radość, że M. ma rekordową ilość czasu na spędzenie wakacji z rodziną, w stosunku do ostatnich dziesięciu lat, została natychmiast przysłonięta faktem, iż pomijając czas na sen (jakże krótki, za krótki), jesteśmy non stop na służbie. Czyli nie ustajemy w kombinowaniu, co zorganizować dzieciom, i gdzie pojechać, żeby się nie zdążyły ponudzić, tudzież kreatywnie ten czas spędzić. I wymyślamy, a to plaża, a to „Nomopol”, jak mawia S. na popularną grę rodzinną, a to piłki kopanie, a może zrobimy lody, na perkusji granie, basenik, śmenik, i co słyszymy, kiedy mówimy: „Kochani, a może tak na przykład zamiast plaży, poczytalibyśmy książki”? „To są najgorsze wakacje w moim życiu”! – powiedział S. w ewidentnej histerii, delikatnie mówiąc. No to ja przepraszam! To ja się biorę za opowieść o Potworakach Usypiakach, o Jadzi i o Mukim, bo ja też mam coś ważnego do zrobienia. Nieważne, że piszę, z wiszącym na mnie nagim S., - jakoś w te upały się chłopak wyzwolił - i jojczącą Z., obok („A mamaaa, a mamaaaa”), ale piszę! Już 16 rozdziałów, hurraaa!!! No i teraz czas na listę błędów. Czyli:
- nie mogę znaleźć niczego czystego do ubrania, nie, nie sobie, dzieciom! S. Nie ma nawet jednego czystego T-shirta, majtek, a Z. zostały już tylko spodnie, z dziurami nie powiem, gdzie, bo wstyd.
- pościel prosi się o wypranie (kiedy???), a ta co została, jest pogryziona doszczętnie przez psa.
- w lodówce tylko światło, więc kupuję, trudno, kupuję gotowe naleśniki i odgrzewam naprędce.
- dzwonią do mnie różni ludzie, że miało być coś na wczoraj, mówię sobie, trudno, taki czas, ja książkę dla dzieci piszę, ma być dobra.
- grzech śmiertelny – bajka na dobranoc, trudno, przynajmniej kontroluję, JAKA.
- tablet od czasu do czasu, przemilczę.
Jeszcze coś? Nie, po co? Więcej grzechów, udaję, że nie pamiętam. Nie chcę się pogrążać. Dalej, to jeszcze zaniedbane sprawy ważnych maili, sprawy Fundacji Mamy Dzieci, którą też trzeba podpilnować, mimo, że wakacje. I następuje rzecz następująca, mianowicie przyjeżdża do stolicy, rok temu poznana w Koszalinie, wspaniała dziewczyna na wózku, wspaniała. Fantastyczna. Dziewczyna, która przeprowadziła ze mną wywiad, kiedy byłam w Jury Festiwalu Filmowego. Dziewczyna, której powiedziałam po rozmowie, że życzyłabym sobie, żeby wszyscy dziennikarze byli tak profesjonalnie przygotowani, jak ona. I która się po tym rozpłakała, i opowiedziała mi o swoim ciężkim życiu, o przyjaźniach, o codzienności, i o marzeniach. Na ramieniu tatuaż „Kocham życie”, w sercu optymizm, w duszy emocje takie, że nie wiem, jak, ale zmuszę ją do pisania bloga, bo swoją niesamowitą mądrością może obdzielić wiele zdrowych, narzekających osób. I ja, po spędzeniu z nią całego dnia w czterdziestostopniowym upale (kto myślący zabiera dziewczynę na wózku na spacer po Starówce, która jest pokryta kocimi łbami, a z toalety skorzystać można jedynie SCHODZĄC po schodach piętro w dół? Ja.) Naładowana totalnie pozytywną energią od niej, od kobiety, która na co dzień jest zależna od „drugich ludzi”, jak sama mówi, myślę sobie: „Trzeba żyć”. Jak mówi Olimpia: „Trzeba żyć, bo nie wiadomo, kiedy to nasze życie się skończy. Ja chcę żyć”. Banalne, wiem. Ale chyba nie każdy z nas to sobie codziennie powtarza, prawda? Więc wsadzam sobie głęboko gdzieś tam, moje przewinienia, moje błędy straszliwe, i idę żyć. Dziękuję wszystkim życzliwym za uwagę. Idę żyć.
Jak wiadomo, okres wakacyjny, trudnym dla rodziców bywa. Dla tych, co pracują w tak zwanym NORMOWANYM czasie pracy, może mniej, ale dla tych, co się wzięli za wolne, tak zwane zawody, a i owszem. Ja się dorobiłam, w moim, jakże niepoukładanym życiu umiejętności, których wydawało mi się, że nie posiadam, a jednak. (Zresztą szczerze mówiąc nadal nie jestem pewna, czy je mam, ale mam serdecznych przyjaciół, co zamiast krytykować, po głowie mnie głaszczą). Otóż, jakoś tak w czerwcu, ktoś przyjazny i mądry zarzucił wędkę, haczyk, na który się złapałam, o ja gupia. Ten ktoś powiedział: napisz książkę. Ja, jak to ja? W środku czułam, że nie umiem, nie dam rady, co, jeśli skończy się to porażką, a z drugiej strony, że przecież spróbować należy. Bo wyzwanie, bo „a co, jak to ja nie dam rady”? Tak więc, haczyk połknęłam. Napisałam pięć rozdziałów, posiłkując się córką osobistą, co swoje zdanie i rozsądek ma (ciekawe po kim?), i recenzentką nadworną ją uczyniłam. Napisałam, bo pomyślałam sobie, że jak nie będzie dobre, to najwyżej nikt nie kupi, i cisza zapadnie, zasłona, zapomnę. A jak będzie dobre, to według sugestii poprawić spróbuję, a co mi tam. No i się znalazło wydawnictwo , i cudowna pani Ewa, której zdanie jest bezcenne, i co? I piszę. Ale to początek dopiero. Bo w międzyczasie, kiedy sobie czekałam na ten werdykt, ja, aktorka, podobno utalentowana, nie zasypywana jednak w ostatnim czasie zawodowymi propozycjami nie do odrzucenia, rozpoczęłam wakacje. Oczywiście wakacje na służbie. (Korczak i jego cudowne sentencje pt. „Jak kochać dziecko” niech tego nie słyszą) Wakacje z dziećmi, oczywiście. Mój najdroższy, najukochańszy i jedyny syn, S., mimo, że jeszcze w lipcu MÓGŁ uczęszczać do przedszkola, coby matce ulżyć na służbie ukochanym dzieciom, zdecydowanie stwierdził, że on nie chce do instytucji przedszkole, bo tam nie ma Frania, a przecież kocha być z Zosią. Swoją drogą nieustannie zastanawiam się czy kochanie czasu spędzanego z Zosią to rzeczywiście, jeden do jeden jest miłość, czy też nieodparte uczucie, że jest ktoś, komu można podokuczać, pokopać, poryczeć, pojęczeć, poskarżyć, powkurzać, cokolwiek, pewnie jedno i drugie. Tak czy siak, zostaliśmy z M., małżonkiem osobistym 24h na dobę z dziećmi. Ta radość, że M. ma rekordową ilość czasu na spędzenie wakacji z rodziną, w stosunku do ostatnich dziesięciu lat, została natychmiast przysłonięta faktem, iż pomijając czas na sen (jakże krótki, za krótki), jesteśmy non stop na służbie. Czyli nie ustajemy w kombinowaniu, co zorganizować dzieciom, i gdzie pojechać, żeby się nie zdążyły ponudzić, tudzież kreatywnie ten czas spędzić. I wymyślamy, a to plaża, a to „Nomopol”, jak mawia S. na popularną grę rodzinną, a to piłki kopanie, a może zrobimy lody, na perkusji granie, basenik, śmenik, i co słyszymy, kiedy mówimy: „Kochani, a może tak na przykład zamiast plaży, poczytalibyśmy książki”? „To są najgorsze wakacje w moim życiu”! – powiedział S. w ewidentnej histerii, delikatnie mówiąc. No to ja przepraszam! To ja się biorę za opowieść o Potworakach Usypiakach, o Jadzi i o Mukim, bo ja też mam coś ważnego do zrobienia. Nieważne, że piszę, z wiszącym na mnie nagim S., - jakoś w te upały się chłopak wyzwolił - i jojczącą Z., obok („A mamaaa, a mamaaaa”), ale piszę! Już 16 rozdziałów, hurraaa!!! No i teraz czas na listę błędów. Czyli:
- nie mogę znaleźć niczego czystego do ubrania, nie, nie sobie, dzieciom! S. Nie ma nawet jednego czystego T-shirta, majtek, a Z. zostały już tylko spodnie, z dziurami nie powiem, gdzie, bo wstyd.
- pościel prosi się o wypranie (kiedy???), a ta co została, jest pogryziona doszczętnie przez psa.
- w lodówce tylko światło, więc kupuję, trudno, kupuję gotowe naleśniki i odgrzewam naprędce.
- dzwonią do mnie różni ludzie, że miało być coś na wczoraj, mówię sobie, trudno, taki czas, ja książkę dla dzieci piszę, ma być dobra.
- grzech śmiertelny – bajka na dobranoc, trudno, przynajmniej kontroluję, JAKA.
- tablet od czasu do czasu, przemilczę.
Jeszcze coś? Nie, po co? Więcej grzechów, udaję, że nie pamiętam. Nie chcę się pogrążać. Dalej, to jeszcze zaniedbane sprawy ważnych maili, sprawy Fundacji Mamy Dzieci, którą też trzeba podpilnować, mimo, że wakacje. I następuje rzecz następująca, mianowicie przyjeżdża do stolicy, rok temu poznana w Koszalinie, wspaniała dziewczyna na wózku, wspaniała. Fantastyczna. Dziewczyna, która przeprowadziła ze mną wywiad, kiedy byłam w Jury Festiwalu Filmowego. Dziewczyna, której powiedziałam po rozmowie, że życzyłabym sobie, żeby wszyscy dziennikarze byli tak profesjonalnie przygotowani, jak ona. I która się po tym rozpłakała, i opowiedziała mi o swoim ciężkim życiu, o przyjaźniach, o codzienności, i o marzeniach. Na ramieniu tatuaż „Kocham życie”, w sercu optymizm, w duszy emocje takie, że nie wiem, jak, ale zmuszę ją do pisania bloga, bo swoją niesamowitą mądrością może obdzielić wiele zdrowych, narzekających osób. I ja, po spędzeniu z nią całego dnia w czterdziestostopniowym upale (kto myślący zabiera dziewczynę na wózku na spacer po Starówce, która jest pokryta kocimi łbami, a z toalety skorzystać można jedynie SCHODZĄC po schodach piętro w dół? Ja.) Naładowana totalnie pozytywną energią od niej, od kobiety, która na co dzień jest zależna od „drugich ludzi”, jak sama mówi, myślę sobie: „Trzeba żyć”. Jak mówi Olimpia: „Trzeba żyć, bo nie wiadomo, kiedy to nasze życie się skończy. Ja chcę żyć”. Banalne, wiem. Ale chyba nie każdy z nas to sobie codziennie powtarza, prawda? Więc wsadzam sobie głęboko gdzieś tam, moje przewinienia, moje błędy straszliwe, i idę żyć. Dziękuję wszystkim życzliwym za uwagę. Idę żyć.
