O stawaniu się mamą kukułką, podróżowaniu z dziećmi i o tym, co dla dzieci jest największą wartością w odkrywaniu świata - opowiada Anna Olej-Kobus w rozmowie z Kasią Koziej z Akademii PRZYSZŁOŚCI.

REKLAMA
Jaka historia najbardziej zapadła Ci w pamięć z czasu Waszych rodzinnych podróży?
Pamiętam, kiedy przeżyłam niesamowite zaskoczenie. Jechaliśmy do Birmy, Tajlandii, Kambodży. Staś miał wtedy 5 miesięcy, Michałek 2 latka. Wydawało mi się, że kiedy tam pojadę, będę chciała chronić dzieci przed obcymi ludźmi, zarazkami, klimatem. Wiadomo, mama kwoka. Tymczasem okazało się, że w Birmie są cudowni, przekochani ludzie i… z mamy kwoki zmieniłam się w mamę kukułkę! Gdziekolwiek się pojawialiśmy, natychmiast wypatrywałam kogoś, komu mogłam oddać Stasia, żeby go ponosił, poprzytulał.
I brali i przytulali? Tak po prostu?
W pewnym momencie odkryliśmy, że dziecko jest takim dodatkowym żaglem do łapania wiatru, a nie kotwicą. Daje nam możliwość realizowania zupełnie nowych podróży. Odkryliśmy, że nie jesteśmy już postrzegani jak egzotyczny, biały człowiek, który jest chodzących portfelem, ale rodzicami. Czyli jesteśmy tacy sami, jak oni. Czasami siedzę sobie z jakimiś kobietami i nawet nie znamy wspólnego języka, ale na migi pokazujemy sobie: „twoje dziecko też chce zabawkę” albo „ten wziął patyk i ten natychmiast jest zazdrosny”. To cudowne! Zaczynamy trochę bardziej żyć, być i trochę więcej widzieć.
Nie bałaś się, że dzieci będą oznaczały koniec szalonych przygód?
Kiedy odkrywamy na teście dwie kreseczki i okazuje się, że będziemy rodzicami, najczęściej wszyscy mówią: „skończyło się podróżowanie, teraz usiądziecie, co najwyżej wczasy w Mielnie, nad polskim morzem”. To może być zresztą urocza perspektywa, ale dusza się w człowieku rwie, jeszcze gdzieś by pojechał. I nagle okazuje się, że dlaczego nie? Oczywiście, że nie pojedziemy z małym dzieckiem w Himalaje, na Borneo, nie będziemy robili jakichś ekstremalnych wypraw, ale taką normalną? Wyjazd gdzieś, gdzie są hotele, opieka medyczna, gdzie są ludzie, którzy też mają małe dzieci – dlaczego nie?
Wielu rodzicom się nie chce, bo to wyższy poziom wysiłku i trudności. Nie zdarzały się Wam podróżnicze kryzysy?
Kiedy wyjeżdżaliśmy z małymi dziećmi, mieliśmy dziesiątki obaw i zawsze się okazywało, że wszystkie problemy rozwiązują się na bieżąco. Jeżeli dziecko dostanie torsji, to trzeba je napoić, obmyć, zmienić ubranko, uprać. Problem był, problem się rozwiązał. Właściwie nigdy nie było sytuacji, w której czułabym się przyparta do muru, zaszczuta przez okoliczności. Raczej były to chwile czystego szczęścia! Jak wtedy, kiedy na pustyni starszy, 3-letni wtedy synek, mówił do półtorarocznego Stasia: „Stasio uważaj, tam może być wąż albo skorpion!”. W takich chwilach dociera do człowieka, że oni się o siebie troszczą, są jak Indiana Jones, mają pełne przygód dzieciństwo i… są szczęśliwi, ganiając po tej pustyni!
Jedni posyłają dzieci na lekcje fortepianu, inni na angielski, a wy jeździcie z nimi po świecie. Myślisz o podróżach jak o inwestycji w ich przyszłość?
Mam takie poczucie, że nie podróżujemy po to, żeby nasze dzieci się lepiej rozwijały. Nie wiem ile im zostaje w głowie. Nie jest tak, że myślimy: „o pojedźmy na Bali, bo tam jest taka ciekawa kultura, a nasze dzieci to wspaniale rozwinie muzycznie”. Bzdura! Człowiek podróżuje, bo ma gen włóczenia się i chciałby gdzieś jeszcze pobyć, czegoś dotknąć, zobaczyć. Dzieci są w tym wszystkim niejako przy okazji, bo trafiły do takiej rodziny. Dla nich to oczywiste, że podróżują.
A Was, rodziców, podróże z dziećmi czegoś uczą?
Generalnie nauczyły nas większej cierpliwości. Tego, że trzeba z niektórych rzeczy zrezygnować. W gruncie rzeczy jedziemy bardzo często na drugi koniec świata, pełni różnych pomysłów co chcielibyśmy zrobić, co chcielibyśmy zobaczyć. A okazuje się, że dzieci mówią: nie, nas to nie interesuje, my tego nie chcemy. Trzeba olbrzymiej tolerancji i zrozumienia, żeby wyprawa stała się inspirującym czasem dla nas wszystkich.
Ha! Ale jak to osiągnąć?
Nauczyliśmy się, żeby odrzucać zbędne rzeczy. Nie musimy już obejrzeć 15-tu świątyń – wystarczy jedna, w której posiedzimy z dziećmi. Wytłumaczymy im ten świat. W zasadzie nie ma znaczenia jak daleko będziemy z dziećmi podróżować, najważniejszy jest czas, który spędzamy razem. Najważniejszą lekcją było dla nas to, że czas, który spędzamy, jest najważniejszą wartością podróży. W gruncie rzeczy nie ma więc znaczenia gdzie będziemy, ale czy będziemy wsłuchani w siebie, otwarci na siebie, czy damy sobie możliwość zaprzyjaźnienia się.
***
Akademia PRZYSZŁOŚCI to ogólnopolski program Stowarzyszenia WIOSNA – tego samego, które organizuje SZLACHETNĄ PACZKĘ. Akademia zajmuje się pomocą dzieciom, które doświadczają długotrwałej porażki szkolnej i pochodzą z niezamożnych rodzin. Dzięki unikalnej metodologii – Systemowi Motywatorów Zmiany – Akademia przeprowadza je od porażek w szkole do sukcesów w życiu.