Wychowujemy pokolenie "prawników". Nauczycielka: "Fatalne skutki bezstresowego wychowania"

Jestem nauczycielką matematyki w podstawówce, pracuję od 12 lat. Przez ten czas widziałam wiele, ale to, co dzieje się w ostatnich latach, sprawia, że momentami nie wiem, jak dalej uczyć. Dzieci są coraz bardziej roszczeniowe, nie uznają autorytetów, nie akceptują żadnych zasad. I nie chodzi o to, że są "niegrzeczne" – chodzi o to, że nie rozumieją nawet, czym są granice.
Taki przykład pierwszy z brzegu. Prowadziłam lekcję w piątej klasie. Chciałam, żeby uczniowie zapisali kilka zdań z tablicy. Wskazałam na dziewczynkę z drugiej ławki i poprosiłam, żeby zapisała to, co będę dyktować. Ona tylko się uśmiechnęła i powiedziała, żebym poprosiła kogoś innego. Zapytałam dlaczego, a ona na to, że "tego nie czuje i mam sama napisać".
Zapytałam, czy uważa, że może tak mówić do nauczyciela. Wzruszyła ramionami: "Mam prawo do wyrażania swojego zdania". Prawo, prawo, prawo. Tylko o tych prawach ucznia, o ich emocjach, o szacunku. Chyba się w tym zagubiliśmy.
Ofiary bezstresowego wychowania
Dla tej dziewczynki to było naturalne – jeśli czegoś nie chce, to tego nie robi. Nie jest jedynym dzieckiem, które myśli w ten sposób. Coraz częściej widzę dzieci, które nie rozumieją, że pewne rzeczy są obowiązkiem. Bo w ich domach nie ma obowiązków – jest wybór.
Nie chcesz jeść obiadu? Nie musisz. Nie chcesz sprzątać pokoju? Nie musisz. Nie chcesz iść do szkoły? Nie musisz.
Bezstresowe wychowanie miało sprawić, że dzieci będą szczęśliwsze. W rzeczywistości zrobiło z nich osoby, które myślą, że wszystko im wolno. Rodzice wierzą, że dają dziecku wolność. W rzeczywistości robią mu ogromną krzywdę. Bo w dorosłym życiu obowiązki są, niezależnie od tego, czy ktoś ma na nie ochotę. A potem przychodzi szok – że trzeba pracować, że trzeba płacić rachunki, że czasem coś MUSIMY zrobić.
Gdzieś po drodze zapomnieliśmy, że szkoła to nie tylko miejsce, gdzie zdobywa się wiedzę, ale też uczy życia. A życie nie polega tylko na tym, co nam się podoba.