
Nie jestem matką i nie sądziłam, że jakikolwiek serial o rodzicielstwie wciągnie mnie tak, jak "Matki Pingwinów". Po pierwszym odcinku drugiego sezonu zastanawiam się, czy w świecie, w którym rodzinę tworzą: rodzic, dziecko i jego niepełnosprawność jest jeszcze miejsce na kogoś czwartego? Bo przecież by dawać miłość, trzeba też ją dostawać. A niektóre sceny drugiego sezonu po prostu łamią serce.
Uwaga, spoilery dotyczące pierwszego odcinka drugiego sezonu.
Nie mam dzieci. A jednak po pierwszym odcinku jeszcze pierwszego sezonu "Matek Pingwinów" wiedziałam, że chcę oglądać dalej. Zastanawiałam się wtedy, co takiego ma w sobie serial o rodzicielstwie, który wciągnął mnie mocniej niż niejeden thriller.
Po premierze drugiego sezonu znów zadaję sobie to pytanie. I chyba znam już odpowiedź.
Rodzice-final bossowie, którzy wcale nie czują się bohaterami
To opowieść o prawdziwych ludziach. O rodzicielstwie bez lukru, a właściwie w wersji hard, na poziomie gry final bossa. O ludziach, którzy z zewnątrz wyglądają jak herosi, ale sami mają poczucie, że nie dowożą. Że mogliby lepiej, mądrzej, spokojniej. Że gdzieś popełniają błąd, choć przecież robią wszystko, co potrafią.
W drugim sezonie serialu stworzonego przez Klarę Kochańską-Bajon bohaterowie mierzą się z kolejnym wyzwaniem. Tym razem chcą stworzyć własną szkołę, Biegun Szczęścia, w której będzie miejsce dla dzieci z niepełnosprawnością i dzieci rozwijających się typowo.
Pomysł jest piękny. Tyle że już od pierwszego odcinka czujemy, że może okazać się utopią. Bo jak zbudować miejsce, w którym każdy będzie się czuł bezpiecznie, kiedy nawet najbliżsi nie zawsze potrafią się ze sobą porozumieć?
I właśnie wtedy pojawia się pytanie, które zostaje ze mną na dłużej niż sama historia szkoły. Co dzieje się z dorosłymi, kiedy całe ich życie zaczyna kręcić się wokół dziecka? I czy w takiej rzeczywistości można jeszcze znaleźć miejsce na miłość?
W "Matkach Pingwinów” rodzicielstwo przypomina jedną z walk Kamy, tyle że nie ma tu gongu kończącego rundę. Nie wystarczy przetrwać jednego kryzysu, znaleźć odpowiedniego specjalistę czy wywalczyć dziecku miejsca w szkole. Zaraz pojawia się coś nowego. Kolejna przeszkoda, kolejna decyzja, kolejna sytuacja, w której trzeba wybrać między dwiema niedoskonałymi możliwościami.
Rodzice dzieci z niepełnosprawnościami mogą z perspektywy widza wydawać się ludźmi o nadzwyczajnej sile. Tyle że oni sami wcale tak się nie czują.
To jedna z największych zalet tego serialu. Nie robi z rodziców pomników. Pozwala im być ludźmi, którzy kochają swoje dzieci bezwarunkowo, ale nie zawsze potrafią poradzić sobie z tym, co przynosi codzienność.
Drugi sezon poszerza tę perspektywę. Pokazuje, że diagnoza i potrzeby dziecka nie zatrzymują się na granicy relacji rodzic–dziecko. Wchodzą w związki, wpływają na relacje z rodzeństwem, zmieniają codzienne funkcjonowanie całej rodziny. I właśnie tutaj zaczyna się dla mnie najciekawsza część tej historii.
Patchwork na pełnej. Kama i Paweł pasują do siebie, dopóki nie trzeba wychowywać dzieci
Kama (Masza Wągrocka) układa sobie życie z Pawłem (Mateusz Damięcki), swoim trenerem. Jest chemia, wspólne pasje i coś, co wygląda na naprawdę udaną relację. Problem w tym, że zakochani nie wchodzą w ten związek sami. Wnoszą do niego swoje dzieci, ich doświadczenia, potrzeby i zupełnie różne sposoby patrzenia na wychowanie.
Jaś, syn Kamy, jest w spektrum autyzmu. Mia, nastoletnia córka Pawła, ma za sobą doświadczenie prześladowania w szkole i naciska na edukację domową.
I nagle okazuje się, że można być świetnie dopasowaną parą, dopóki nie trzeba wspólnie wychowywać dzieci.
To myśl, która brzmi okrutnie. Bo przecież nie wypada powiedzieć, że dzieci stoją na drodze do szczęścia dorosłych. Dla Kamy i Pawła ich dzieci są priorytetem. I właśnie dlatego każde z nich chce postępować tak, jak uważa za najlepsze. Tyle że ich wizje nie zawsze się pokrywają.
Paweł też jest ojcem. Ma własne doświadczenia, obawy i granice. Nie jest tylko partnerem, który ma wspierać Kamę w jej codziennych zmaganiach. Sam potrzebuje zrozumienia, również w kwestii wychowania Mii. A Kama musi zobaczyć, że to, co działa w relacji z Jasiem, niekoniecznie będzie odpowiednie dla nastolatki, która przeżyła coś zupełnie innego.
W tym wszystkim najłatwiej zgubić właśnie związek. Nie dlatego, że brakuje miłości, ale dlatego, że każda decyzja dotycząca dzieci może stać się sprawdzianem dla dorosłych.
Oglądając ich razem, łapię się na myśli: przecież oni są dla siebie idealni. Gdyby tylko nie te wszystkie komplikacje.
I zaraz sama siebie strofuję. Bo dzieci nie są komplikacją, którą można usunąć z równania. Ale czy to oznacza, że rodzic ma zrezygnować z prawa do bycia kochanym, wspieranym i rozumianym? Czy w rodzinie, w której jedno z dzieci wymaga szczególnej uwagi, jest jeszcze miejsce na potrzeby dorosłych?
Nie mam gotowej odpowiedzi. Wiem tylko, że serial nie pozwala mi łatwo wskazać winnego, bo tu winnego brak. Oboje mają dzieci, o które się martwią. Oboje chcą być dobrymi rodzicami. A jednak ich miłość może nie wystarczyć.
Ojciec, który odchodzi do zdrowego dziecka
Jeśli wątek Kamy i Pawła każe mi zastanawiać się nad przyszłością związku, historia Tatiany (Magdalena Różczka) zwyczajnie łamie mi serce.
W pierwszym sezonie obserwowaliśmy jej małżeństwo na odległość i coraz bardziej widoczne sygnały, że mąż, pracujący za granicą, układa sobie życie z inną kobietą. Tatiana zdawała sobie sprawę z tego, co się dzieje, ale nie chciała uprzedzać faktów. Czekała, aż mąż sam zdobędzie się na odwagę i powie jej oraz synowi, że odchodzi.
W drugim sezonie zostajemy wrzuceni w rzeczywistość, w której ten rozpad jest już faktem. Mąż Tatiany nie tylko związał się z inną kobietą, ale doczekał się z nią dziecka.
Pierwsze zdanie, które wypowiada o noworodku brzmi: "Dzidziuś dobrze. Zdrowy na szczęście". I to zdanie zostanie z jego byłą partnerką i synem prawdopodobnie na zawsze.
Nie trzeba wiele więcej, żeby zrozumieć, co czuje Michał. W tej krótkiej reakcji jest coś, czego nie da się zagadać ani wytłumaczyć dobrymi intencjami. Dziecko słyszy, że jego ojciec cieszy się, że kolejne dziecko nie ma takich problemów jak on. Nawet jeśli dorosły nie zamierzał go zranić, właśnie to może usłyszeć syn.
Tatiana podejmuje potem decyzję o zablokowaniu męża. Nie mówi synowi o wszystkim, nie próbuje na siłę utrzymywać kontaktu, który może przynosić mu kolejne cierpienie.
To dla mnie rozdzierający moment, bo widzę matkę postawioną przed wyborem, którego nie powinno się musieć dokonywać. Z jednej strony jest dobro dziecka i jego prawo do relacji z ojcem. Z drugiej – upokorzenie, odrzucenie i konieczność ochrony syna przed kolejnymi ciosami.
Nie ma tu łatwego rozwiązania. Nie wiem, czy odcięcie kontaktu jest najlepszą decyzją na dłuższą metę. Wiem natomiast, że rozumiem, dlaczego Tatiana nie potrafi po prostu przejść nad tym do porządku dziennego.
I właśnie w tym momencie serial pokazuje mi coś więcej niż trudności związane z wychowaniem dziecka z niepełnosprawnością.
Pokazuje samotność rodzica, który musi jednocześnie być opiekunem, obrońcą, organizatorem codzienności i człowiekiem próbującym poskładać własne życie.
Mąż Tatiany zaczyna nowy rozdział. Ma nową partnerkę i kolejne dziecko. Ona zostaje z synem i konsekwencjami rozpadu małżeństwa. Próbuje budować przyszłość, nie rezygnując z siebie. Tylko jak nie rezygnować z siebie, kiedy ktoś, z kim miało się budować życie, właśnie z tego życia odchodzi?
To nie jest wyłącznie pytanie o nieobecnego ojca, a też o to, dlaczego tak często oczekujemy, że matka będzie w stanie unieść wszystko. Że zadba o dziecko, jego emocje i przyszłość, a przy okazji znajdzie w sobie siłę, by nie rozsypać się samej.
Czy w rodzinie jest miejsce na kogoś jeszcze?
Oczywiście "Matki Pingwinów" nadal są serialem, który w przystępny sposób przybliża widzom neuroróżnorodność. Reakcje Jasia mogą pomóc zrozumieć, że zachowania dziecka w spektrum nie zawsze wynikają ze złej woli, a to, co dla jednych jest drobiazgiem, dla innych może oznaczać prawdziwe przeciążenie. Serial przypomina też, jak łatwo oceniamy dzieci, kiedy nie znamy ich historii.
Ale po pierwszym odcinku drugiego sezonu zostaję przede wszystkim z innym pytaniem: czy w układzie rodzic–dziecko–niepełnosprawność jest jeszcze miejsce na partnera?
Nie chodzi mi o to, że miłość rodzicielska i romantyczna powinny ze sobą konkurować. Chodzi o to, że w życiu nie zawsze da się rozdzielić te sfery tak, jak chcielibyśmy w teorii. Potrzeby dziecka są realne. Potrzeby rodzica również. A partner, który chce być blisko, nie powinien być skazany wyłącznie na rolę osoby wspierającej. On też może potrzebować wsparcia, bliskości i zrozumienia.
