
Gdy miałem 14 lat dyrektorka mojego gimnazjum powiedziała mojej matce, że szkoła, do której chodzę nie zajmuje się wychowywaniem dzieci. Jej celem jest kształcenie artystów.
Byłem niegrzecznym dzieckiem. Nie chodziło o to, że robiłem coś złego. Nie byłem perfidny, po prostu zaliczałem się do grona niegłupich gnojków, którzy lubili irytować innych. W gimnazjum przechodziłem z klasy do klasy, nigdy się nie ucząc. Wykorzystywałem jedynie spryt, by zdawać jakimś cudem do kolejnej klasy.
Musiałem jedynie pracować nad słuchem i nad grą na instrumencie, ponieważ tego nie można było udawać. Aż tak zdolny niestety nie byłem.
Jako uczeń szkoły muzycznej spędzałem w niej długie godziny. Dojeżdżałem na 7 rano, żeby poćwiczyć na organach przed lekcjami. Zajęcia kończyły się około 15:00, potem ćwiczyłem na instrumencie albo miałem kolejne zajęcia z moją panią profesor. Bywało, że w szkole siedziałem po 10 godzin dziennie. Co ciekawe, w porównaniu do innych uczniów, nie był to wyjątkowy wynik.
Naszym celem jest kształcenie
Szukam właśnie podstawówki dla mojego syna. Włodek ma 7 lat. Jest niegłupim dzieckiem, lubi się uczyć nowych rzeczy, dobrze liczy, ale ma problemy z koncentracją i niechętnie podporządkowuje się zasadom obowiązującym w jego grupie przedszkolnej.
Oczywiście na spotkaniach z dyrektorami czy wicedyrektorami nie ukrywam tego, jakim jest dzieckiem, ponieważ zależy mi, aby mój syn trafił do szkoły, która faktycznie będzie w stanie pomóc mu w rozwoju jego potencjału. Niestety tutaj się zaczynają schody.
Jak dotąd odbyłem kilka spotkań na terenie całej Warszawy. Zdanie "Naszym celem jest kształcenie dzieci, a nie ich wychowywanie” usłyszałem niemal w każdej placówce. Nie było ono oczywiście tak jednoznacznie wyrażone, ale wielokrotnie wyjaśniano mi, że dana szkoła kładzie wielki nacisk na naukę więc "niektóre dzieci sobie w niej nie poradzą".
Lepsza pozycja w wyścigu szczurów
Byłem w kilku podstawówkach, w których lekcje zaczynają się o 8 rano i kończą o 16:00. Potem przychodzi czas na zajęcia pozalekcyjne. Oznacza to, że siedmioletnie dzieci siedzą w szkole tyle, ile ja, gdy miałem kilkanaście lat i łączyłem normalne kształcenie z edukacją muzyczną. Czy ktoś mi może wyjaśnić, jak do tego doszło?
Gdy dorastałem historie o rodzicach, którzy codziennie wozili dzieci na zajęcia dodatkowe były w moim domu na porządku dziennym. To byli ludzie, którzy koniecznie chcieli, aby ich dzieci były geniuszami. Walczyli o to, aby były najlepsze we wszystkim i mogły potem zarabiać miliony złotych.
O takich rodzicach w moim domu mówiło się, że są dziwakami pozbawiającymi swoje dzieci szczęśliwego dzieciństwa i od najmłodszych lat usiłującymi zrobić z nich geniuszy, którzy potem będą mieli ułatwioną pozycję startową w wyścigu szczurów.
Moi rodzice nigdy tacy nie byli. Chodziłem do szkoły muzycznej i miałem treningi pływackie, ale prawda jest taka, że sam podjąłem decyzję o tym, że chce się tymi rzeczami zajmować. Jedyne, do czego byłem przymuszany to korepetycje z angielskiego, miałem je chyba od 6. roku życia. Wszystkie pozostałe zajęcia wybierałem sobie sam.
Dzieci powinny być dziećmi
Tymczasem szukając szkoły dla mojego syna, odbyłem spotkania w 3 szkołach, które mają po 15 godzin angielskiego tygodniowo już w pierwszej klasie podstawówki.
Gdy poszedłem ostatnio na badania integracji sensorycznej z moim synem, spotkałem tam matkę z półtorarocznym dzieckiem na rękach. Pani psycholog wyjaśniła mi, że ta kobieta uczy swojego malucha czytać już od 6 miesięcy. Po czym dodała: "Dla nas to dobrze, bo będziemy mieć sporo pracy. Dla dziecka niestety o wiele gorzej".
Rodzice w ostatnich kilkunastu latach zaczęli coraz bardziej fiksować się na rozwoju intelektualnym swoich pociech, zapominając o ich rozwoju mentalnym. Tak samo zresztą działają szkoły, które wychodzą naprzeciw potrzebom rodzica, dla którego ważniejsze jest, aby 10-latek mówił w 4 językach, niż to aby był dobrym i empatycznym człowiekiem.
W ciągu ostatnich kilkunastu lat rodzice coraz bardziej zapominają o wychowywaniu dzieci i częściej po prostu próbują je kształcić. A czy naprawdę najlepsze, co możemy zaoferować naszym pociechom to kształtowanie ich przyszłego CV? Czy nie lepiej zapewnić im po prostu dzieciństwo i pozwolić na to, by wykorzystały je w pełni?
Nauczyłem się czytać w pierwszej klasie podstawówki. Pisałem marnie do 2. klasy podstawówki. Dzisiaj zarabiam na życie pisaniem. Nie zyskałbym nic w swoim życiu, gdybym, zamiast bawić się na podwórku, nauczył się pisać jako 4-latek.
Wręcz przeciwnie. Pewnie wiele bym stracił, czując się wyalienowany i dziwaczny w porównaniu do innych rówieśników. Dzieci nie powinny się czuć inne – dzięki temu mogą nawiązywać więzi. Pozwólmy więc dzieciom być dziećmi. Wychowujmy je. Na kształcenie przyjdzie pora.
