Robi to połowa polskich rodziców. Ruszyła kampania "Status: Udostępnione" o sharentingu
Połowa rodziców w Polsce publikuje w sieci zdjęcia lub informacje o swoich dzieciach. Dla dorosłych to niewinna pamiątka, dla ich pociech – częsty powód do wstydu. W środę T-Mobile Polska, Komenda Główna Policji i UNICEF Polska zainaugurowały kampanię edukacyjną "Status: Udostępnione", która zwraca uwagę na konsekwencje sharentingu.
Zdjęcie z rodzinnego obiadu, filmik z wakacji czy zabawna sytuacja uchwycona telefonem w domu. Dziś wystarczy kilka kliknięć, by takie wspomnienie trafiło do internetu. Problem w tym, że raz opublikowane zdjęcie może zacząć żyć własnym życiem.
Do sharentingu rodzice i dzieci podchodzą inaczej
Sharenting, od angielskich słów "share" i "parenting", oznacza publikowanie przez rodziców i opiekunów w internecie informacji, zdjęć czy nagrań dotyczących dzieci. Jak wynika z najnowszego raportu T-Mobile Polska "Status: Udostępnione – skala i charakterystyka sharentingu w Polsce", w ciągu ostatnich 12 miesięcy zrobiła to połowa badanych rodziców.
Co ciekawe, intencje rodziców są najczęściej dobre. 50 proc. publikuje zdjęcia, żeby zachować wspomnienia, a 47 proc. – żeby dzielić się ważnymi momentami z bliskimi. Tylko 9 proc. wskazuje na chęć zwiększenia zasięgów swojego profilu.
Perspektywa dzieci wygląda jednak nieco inaczej. Aż 92 proc. uważa, że powinno mieć wpływ na decyzje dotyczące publikowania swojego wizerunku w sieci. Co więcej, 32 proc. nastolatków, których rodzice publikują ich wizerunek, przyznaje, że czuło się z tego powodu zawstydzone lub spotkało się z negatywnymi reakcjami rówieśników.
Raz wrzucone zdjęcie może zacząć żyć własnym życiem
Kampania "Status: Udostępnione" zwraca uwagę na istotną rzecz: rodzic może widzieć w opublikowanym zdjęciu tylko miłą pamiątkę, podczas gdy dziecko może odebrać je jako naruszenie swojej prywatności. Raz udostępniony materiał można zapisać, skopiować i rozpowszechnić, a rozwój narzędzi opartych na sztucznej inteligencji daje kolejne możliwości jego wykorzystania, również przez przestępców.
– O konsekwencjach sharentingu możemy mówić w wielu obszarach. I takich, które są konsekwencjami związanymi z byciem ofiarami różnych przestępstw, ale także o konsekwencjach emocjonalnych i psychologicznych – mówi dr Dominika Bartoszak, psycholożka, seksuolożka kliniczna i pedagożka specjalna.
Do kwestii prywatności swoich dzieci od lat szczególnie konsekwentnie podchodzi Agnieszka Hyży. Dziennikarka i socjolożka nie pokazuje ich twarzy w mediach społecznościowych.
– Nie robię z moich dzieci ani słupów ogłoszeniowych, ani contentu. Nie są bohaterami mojego życia publicznego. Są moimi dziećmi. To ja podpisałam kontrakt z telewizją, show-biznesem, a nie moje dzieci. To jest ich prawo absolutne do tego, żeby pozostały prywatne – podkreśla.
Zanim klikniesz "opublikuj", warto się zatrzymać
Kampania "Status: Udostępnione" nie ma przekonywać rodziców, że nie wolno im publikować zdjęć swoich dzieci. Chodzi o coś prostszego: o zatrzymanie się na chwilę przed kliknięciem "opublikuj" i zastanowienie, czy dziecko rzeczywiście chciałoby, aby to zdjęcie lub informacja znalazły się w sieci.
– Wierzymy, że temat sharentingu jest bardzo ważny i powinien być szerzej rozumiany i szerzej poruszany w publicznej przestrzeni – mówi Małgorzata Rybak-Dowżyk, dyrektorka departamentu komunikacji korporacyjnej i ESG T-Mobile Polska.
W ramach kampanii powstał również spot społeczny, w którym pokazano, jak pozornie niewinna publikacja może uruchomić ciąg zdarzeń prowadzących do krzywdy dziecka. Twarze młodych aktorów celowo zostały zamazane. Mają przypominać o najważniejszym pytaniu kampanii edukacyjnej T-Mobile, Komendy Głównej Policji i UNICEF Polska: czy naprawdę każde rodzinne wspomnienie powinno otrzymać status "udostępnione"?
MATERIAŁ PARTNERA