
"Mamo, wyślij mi szybko BLIK-a, jestem w Rossmannie, znalazłam taki krem, wszystkie dziewczyny mają, błagam, tylko 49 złotych". Odbieram ten telefon w środku pracy, w autobusie, podczas obiadu z koleżanką, w trakcie prania. I za każdym razem mam ochotę krzyczeć. Bo wiem, że jeśli się zgodzę, za trzy dni będzie kolejny krem. A za tydzień maseczka. A za dwa — serum, którego nazwy nie umiem wymówić.
"Mówię na moją córkę 'Rossmannówka'. Dostała ode mnie zakaz chodzenia do tej drogerii"
Mam córkę, ma na imię Lena, niedawno skończyła dwanaście lat i od jakichś sześciu miesięcy moje życie zamieniło się w nieustanny ciąg przelewów do Rossmanna i Hebe. Sprawdziłam ostatnio historię BLIK-ów na telefonie i o mało nie spadłam z krzesła.
W ciągu jednego miesiąca wysłałam jej trzysta osiemdziesiąt złotych w drobnych kwotach. Wszystko na kosmetyki. Wszystko "bo to ostatnia sztuka", "bo wszystkie z klasy mają", "bo ja naprawdę tego potrzebuję, mamo, błagam".
I wiecie co? Powiedziałam dość. Lena dostała ode mnie zakaz chodzenia do Rossmanna. W domu mówię na nią "Rossmannówka" — nie wymyśliłam tej ksywki dla zabawy, wymyśliłam ją z bezsilności.
Nie jestem matką, która zabrania córce malowania się. Sama się maluję, sama lubię sobie kupić nowy błyszczyk. Pamiętam siebie w wieku Leny — też kradłam mamie szminkę z toaletki. Więc kiedy Lena, mając dziesięć lat, zaczęła pytać o moje kosmetyki, byłam wręcz wzruszona.
Najpierw były pojedyncze prośby. Potem "mamo, idziemy z dziewczynami do Rossmanna, dasz pięćdziesiąt złotych?". Po co ci tyle? "Bo coś takiego na trądzik". Trądzik? Lena, ty nie masz trądziku. "No, ale mogę mieć". I tak to się zaczęło. Po kilku tygodniach córka prawie codziennie po szkole „wpadała na chwilę do Rossmanna". Codziennie dwie godziny. Codziennie z grupą koleżanek wyglądających i zachowujących się dokładnie tak samo jak ona.
I wtedy zaczęłam czytać o czymś, co się nazywa "Sephora kids".
Sephora kids — czyli co dzieje się z naszymi córkami
W skrócie: zjawisko, które przyszło z USA, gdzie dziesięcio- i dwunastoletnie dziewczynki masowo okupują luksusowe drogerie typu Sephora, oglądają influencerki i naśladują ich rutyny pielęgnacyjne za grube tysiące dolarów.
Najgorsze, że one kupują kremy z retinolem, kwasami, serum przeciwzmarszczkowe. Jedenastolatka. Z kremem na zmarszczki. W zeszłym roku "The Guardian" podał, że w niektórych drogeriach dziewczynki poniżej trzynastego roku życia stanowią ponad dwadzieścia procent klientek. Co piąta klientka to dziecko.
W Polsce nie mamy Sephory na każdym rogu. Mamy za to Rossmanna. I to tam — w naszym osiedlowym Rossmannie — codziennie po południu rozgrywa się polska wersja tego samego zjawiska.
Postanowiłam pójść za córką. Wpadłam do Rossmanna kupić szampon i natknęłam się na całą scenę. Lena z trzema koleżankami przy regale. Wszystkie cztery z telefonami w rękach. Jedna nagrywała relację na Instagrama. Druga rozcierała sobie na grzbiecie dłoni serum, otwarte, jeszcze z plombą. Lena z otwartym pudełkiem podkładu gadała przez telefon. "Tato, błagam, BLIK-a, dziewięćdziesiąt dziewięć złotych, Hailey Bieber takiej używa".
Hailey Bieber. Mojej córce. Dwunastolatce.
One wszystkie wyglądały, jakby były uzależnione. Te oczy świecące, ta gadanina jedna przez drugą. Tak wygląda dziecko, które dorwało się do swojej dopaminy. A do tego rozmowy: "uważaj z retinolem przed osiemnastką". Dwunastolatki. Mówiące o niacynamidzie.
Moje dziecko nie idzie do drogerii z pieniędzmi. Idzie z telefonem. I dopiero w drogerii zaczyna wydzwaniać. Litania SMS-ów. "Mamo bliiika". „Mamo proszę". "Mamo wszystkie mają oprócz mnie". To nowy model żebrania, cyfrowy, pozbawiony zażenowania. Dwieście złotych kieszonkowego znika pierwszego dnia miesiąca. A potem do końca
Strona psychologiczna jest jeszcze gorsza. Dwunastolatka, która smaruje się serum "przeciwzmarszczkowym", uczy się, że jej buzia jest niedoskonała. Że bez podkładu nie wygląda się dobrze. Patrzy na siebie krytycznym okiem trzydziestopięciolatki. Mówię to z perspektywy kobiety walczącej dwadzieścia lat z kompleksami. I nie chcę dla córki takiego startu.
Ogłosiłam przy niedzielnym obiedzie. Zakaz chodzenia do Rossmanna, Hebe i innych drogerii bez mojej obecności. Lena wybuchła. "Mamo, wszyscy tam chodzą! Mam zostać poza grupą?!". Czułam empatię — w jej wieku grupa jest wszystkim. Ale nie ustąpię. Gdybym ustąpiła, byłabym kolejną mamą, która patrzy, jak jej dziecko wpada w spiralę konsumpcjonizmu.
Kompromis: chcesz iść do drogerii, idziemy razem. Raz w miesiącu. Koniec z codziennym łażeniem po sklepach.