Czytałam synowi „Kometę nad Doliną Muminków” i w pewnym momencie odłożyłam książkę. Nie dlatego, że zasnął. Dlatego, że ja dostałam gęsiej skórki.

REKLAMA

Bo nagle zobaczyłam, co tam jest naprawdę napisane. Że na niebo nadciąga ognista kula, która może spalić wszystko. Że morze cofnęło się i zostawiło martwe ryby. Że bohaterowie - mali, miękcy, w pasiastych szalikach - chowają się w jaskini, bo nic więcej zrobić nie mogą.

To nie jest scena z baśni. To jest scena z apokalipsy.

I wtedy mnie olśniło: ja to pamiętałam. Pamiętałam tę grozę z dzieciństwa. Tylko nie umiałam jej wtedy nazwać.

Druga warstwa, której nie widać przy pierwszym czytaniu

Muminki są w polskiej zbiorowej pamięci zaszufladkowane jako bajka czuła, kojąca, trochę dziwaczna. Białe stworki w domku z piecem, naleśniki z konfiturą, Włóczykij grający na harmonijce. Estetyka, którą dziś sprzedaje się na kubkach, kocach i lunchboxach z IKEI.

Ale Tove Jansson nie pisała ckliwej bajki. Pisała coś znacznie ciekawszego - i znacznie mroczniejszego. Pisała książki o samotności, lęku egzystencjalnym, obcości i o tym, że świat jest większy, zimniejszy i bardziej obojętny, niż chcielibyśmy wierzyć.

Jako dziecko czułam to wszystko podskórnie. Jako dorosła nagle widzę to czarno na białym.

Buka

Najlepszy przykład to oczywiście Buka. Mårran w szwedzkim oryginale - postać, która w polskiej kulturze funkcjonuje trochę jako ta smutna, samotna istota, której intencje pozostają do końca niejasne.

Tylko że Buka nie jest po prostu smutna. Buka jest metafizyczna. To nie jest potwór, którego można pokonać, ani zły charakter, którego można przekonać. Buka po prostu jest i samym swoim istnieniem zmienia temperaturę rzeczywistości.

Tam, gdzie staje, ziemia zamarza. Tam, gdzie usiądzie, nic już nie wyrośnie. Nie chce nikogo skrzywdzić. Po prostu nie umie być inaczej.

To jest groza, która nie ma zębów ani pazurów. Groza, która wynika z samej natury bytu. I to jest dokładnie ten rodzaj lęku, którym karmiła się literatura H.P. Lovecrafta: lęku przed czymś tak obcym, że nie mieści się w ludzkim porządku świata.

Tyle że Lovecraft pisał o istotach i siłach, których samo poznanie mogło rozbić człowieka od środka. Jansson napisała o smutnym stworzeniu, które chciałoby się tylko ogrzać.

Efekt emocjonalny bywa zaskakująco podobny.

Pamiętacie, jak czytaliście o Buce po raz pierwszy? Mnie ścisnęło w gardle. Nie ze strachu przed atakiem. Ze strachu przed czymś, czego nie umiałam wtedy nazwać. Dziś powiedziałabym: ze strachu przed kosmiczną samotnością. Przed tym, że można być tak obcym, że sama twoja obecność rani świat.

To jest dużo, jak na bajkę dla dzieci.

Kometa, czyli apokalipsa w pasiastym szaliku

„Kometa nad Doliną Muminków” to chyba najbardziej niedoceniana książka Jansson - i jednocześnie ta, która najlepiej się zestarzała. Wracam do niej i widzę książkę o lęku przed końcem świata, napisaną językiem tak prostym, że potrafi go zrozumieć siedmiolatek.

Jest tam wszystko. Niepokojące znaki w przyrodzie. Ekspedycja po wiedzę do astronomów, którzy nie mają dobrych wieści. Wycofujące się morze. Spalona ziemia. Ucieczka do jaskini. I to fundamentalne pytanie, które stoi za całą fabułą: co robić, gdy świat się kończy, a ty jesteś mały?

Jansson odpowiada tak, jak odpowie każda dobra matka: trzymać się blisko, zabrać kota, zrobić zapasy, przeczekać. Nie da się powstrzymać komety. Można tylko nie być samemu, kiedy uderza.

Czytam to dziś dziecku i zdaję sobie sprawę, że ona napisała poradnik radzenia sobie z lękiem egzystencjalnym, opakowany w przygodę z rysunkami. To jest geniusz, którego dziecko nie musi rozumieć świadomie. Wystarczy, że go czuje.

Dorosła kobieta rozumie już za dużo.

Morze, latarnia, listopad

Późne książki - „Tatuś Muminka i morze”, „W Dolinie Muminków w listopadzie” — to już prawie czysta literatura egzystencjalna.

Tatuś, w kryzysie wieku średniego, ciągnie rodzinę na pustą wyspę z niedziałającą latarnią morską. Próbuje udowodnić sobie, że jeszcze coś znaczy. Mama maluje na ścianach kwiaty, bo tęskni za ogrodem. Muminek zakochuje się w morskim koniku, który go nie zauważa.

Morze u Jansson jest zresztą bardzo dziwne. Nie jest po prostu wodą. Jest bytem. Ma swoje nastroje, swoje prądy, swoje sekrety.

Hatifnatowie, te elektryczne, milczące stworzenia płynące tłumami w nieznanym kierunku, są istotami nie z naszej skali. Nie mówią. Nie patrzą. Po prostu płyną. Po co? Dokąd? Jansson nie tłumaczy, bo wie, że niewytłumaczone jest straszniejsze.

A „W listopadzie” to już w ogóle książka, w której Muminków nie ma. Wyjechali. Do domu w Dolinie przybywają same dziwaczne, samotne postacie - i każda z nich nosi swój własny rodzaj pustki.

To książka o tęsknocie, którą Jansson napisała po śmierci matki. I to czuć niemal w każdym akapicie.

Dlaczego to nie jest Lovecraft i dlaczego to jest piękne

Pomimo pewnych podobieństw trzeba jednak uczciwie powiedzieć: Muminki to na szczęście nie jest Lovecraft dla dzieci.

Lovecraft pisał z fundamentalnego pesymizmu. Jego wszechświat był wrogi albo, co nawet gorsze, całkowicie obojętny. Poznanie prawdy prowadziło do szaleństwa. Człowiek był pyłkiem, który nie powinien zadawać zbyt wielu pytań.

Jansson pisała z innej perspektywy. Jej wszechświat też jest ogromny, obcy i pełen niezrozumiałych bytów. Ale jej odpowiedź na ten ogrom brzmi: zaparzmy herbatę i zostańmy razem.

Buka, która u Lovecrafta byłaby śmiertelnym zagrożeniem albo znakiem końca ludzkiego rozumu, u Jansson w końcu dostaje świeczkę i trochę ciepła. I okazuje się, że może nie da się jej oswoić do końca, ale można ją zobaczyć inaczej niż tylko jako potwora.

Może to jest właśnie różnica między grozą Lovecrafta a grozą Jansson. Pierwsza mówi: świat jest obcy, więc się bój. Druga mówi: świat jest obcy, więc bądź czuły dla siebie i innych, bo to wszystko, co mamy.

Może to jest właśnie sekret tych książek. Może dlatego się ich nie zapomina. Bo w wieku siedmiu lat dostaje się od Tove Jansson pierwszą lekcję czegoś bardzo trudnego: że można jednocześnie wiedzieć, że świat jest groźny, i mimo to siedzieć przy stole, jeść naleśniki i być szczęśliwym.