pexels.com

W czasach, gdy nastolatki oglądają zachłannie "Stranger Things" i "K-popowe łowczynie demonów", pragnę przypomnieć trzy produkcje z lat dziewięćdziesiątych, których wymowa jest absolutnie ponadczasowa. I choć nie są może równie "sexy" pod względem wizualnym, to na pewno niosą w sobie więcej treści bliskich młodym sercom.

REKLAMA

Wychowałam się na filmach. Dorastałam w latach 90., a więc w czasach, gdy w wypożyczalniach kaset VHS, zwłaszcza w weekendy, były kolejki. Żadnego streamingu, moi drodzy - jeśli chciało się obejrzeć coś dobrego, trzeba było iść do wypożyczalni, nawet w siarczysty mróz. Moi rodzice, zapaleni kinomani, stali w tych kolejkach cierpliwie, i zawsze przynosili do domu coś dla siebie i coś dla nas. Tak, dla nas, bo oglądanie filmów to był nasz wspólny rytuał. Uwielbiałam go.

To właśnie dzięki rodzicom obejrzałam trzy filmy, które w dużym stopniu ukształtowały mnie jako młodą dziewczynę i na pewno wpłynęły znacząco na moją wrażliwość. Każdy opowiada bowiem o dorastaniu, choć w zupełnie inny sposób. I każdy, choć niby "dziewczyński", jest uniwersalny w swym przekazie. To filmy i zabawne, i wzruszające, które pokazują, co w życiu jest ważne, a czym nie warto zawracać sobie głowy. Mówią też o sile więzi – przyjaźni, miłości i siostrzeństwa.

Dziś, jako mama prawie sześciolatki, odnajduję w nich również sporo prawd o macierzyństwie – coś, na co jako nastolatka kompletnie nie zwracałam uwagi. Dlatego tak bardzo chcę pokazać te filmy córce - wiem, że obejrzymy je z zupełnie innych perspektyw, przy czym moja po prostu ewoluowała. To wzruszające. A oto moje zestawienie.

1. "Małe kobietki" (1994)

Kocham ten film. Casting jest wręcz wybitny. W roli głównej mamy Winonę Ryder, ikonę "młodych gniewnych" lat 90., a także ikonę kina tamtych czasów. To właśnie ona wciela się w Jo March, główną bohaterkę powieści Louisy May Alcott pod tym samym tytułem, na której bazuje film. A o czym opowiada?

Mamy tu cztery siostry: Jo (Winona Ryder), Meg (Trini Alvarado), Amy (Kirsten Dunst / Samantha Mathis) i Beth (Claire Danes), dorastające w świecie, który niekoniecznie sprzyja dziewczęcym ambicjom. A jednak wszystkie marzą, kochają, popełniają błędy i uczą się, że każda ma prawo do własnej drogi. Jest też Laurie (Christian Bale), jest miłość, strata i ogromna czułość.

Ten film pokazuje, jak silna więź łączy siostry, jak ważna jest rodzina (także ta z wyboru), a także, że warto słuchać głosu swojego serca (choć nie zawsze jest to proste). "Małe kobietki" uczą empatii, odwagi oraz tego, że talent – zwłaszcza dziewczyński – zasługuje na przestrzeń. To klasyk, który wciąż brzmi zaskakująco współcześnie. Dodatkowo, w rolę matki, emanującej ciepłem, pragnącej dać córkom, wszystko, co w jej mocy (chociaż to nie zawsze możliwe) wciela się cudowna Susan Sarandon. Wzruszenie i mocny powiew nostalgii gwarantowane.

2. Syreny (1990)

To z kolei film o dorastaniu bardzo oryginalnej dziewczynki w cieniu równie nieoczywistej, wręcz ekscentrycznej matki. Rachel (w tej roli wspaniała Cher) jest piękna, wolna, impulsywna – zmienia adresy, mężczyzn i zasady gry. Jej córka, Charlotte (Winona Ryder), próbuje odnaleźć się w świecie, w którym dorosłość wcale nie wygląda stabilnie ani przewidywalnie. Jest bunt, jest wstyd, jest zachwyt – wszystko naraz. Brzmi znajomo, prawda? Bo Charlotte w swoim zagubieniu i młodzieńczych rozterkach, choć nie ma w dłoni najnowszego smartfona, to postać bliska każdemu nastolatkowi. Chyba na tym polega właśnie uniwersalność tego filmu bo czas mija, rzeczywistość dynamicznie się zmienia, a pewne kwestie pozostają takie same.

"Syreny" mówią też o relacji matka–córka bez krztyny lukru. O tym, że rodzic nie musi być idealny, żeby być ważny i potrzebny. O kobiecej wolności, do której matka ma prawo, choć bywa ona trudna dla dzieci. A także o sile bycia sobą. To film, który daje przestrzeń na rozmowę: o granicach, o różnicach pokoleń, o tym, że miłość nie zawsze wygląda tak, jak w poradnikach – tak ta romantyczna, jak między matką i córką.

Wisienki na torcie to świetna rola Boba Hoskinsa jako partnera Rachel oraz kilkunastoletniej Christiny Ricci jako siostry Charlotte. No i scenariusz pełen dowcipu, a także muzyka z kultową "The Shoop Shoop Song" w wykonaniu Cher na czele. Kocham i polecam.

3. "Koniec niewinności" (1995)

Pewnie najmniej znana z tych trzech produkcji, a ani trochę nie odstająca jakością i wymową od pozostałych. Dodatkowo, na pewno najbardziej "dziewczyńska" i dotykająca tego wszystkiego, co dla nastolatek jest absolutnie najważniejsze.

Cztery przyjaciółki, jedno lato i doświadczenie, które połączy je na całe życie. Jako dorosłe kobiety spotykają się po latach – Samantha (Demi Moore), Roberta (Rosie O'Donnell), Teeny (Melanie Griffith) i Chrissy (Rita Wilson) – i wracają myślami do momentu, w którym wszystko było jeszcze możliwe, a życie miały wciąż przed sobą.

Dlaczego warto obejrzeć "Koniec niewinności" z córką? Bo to film o prawdziwej przyjaźni dziewczyn, która nie jest rywalizacją i nie jest na pokaz. Jest za to prawdziwa. To również opowieść o pierwszych stratach, pierwszym buncie, pierwszym poczuciu sprawczości, jak i pierwszym bolesnym rozczarowaniu. "Koniec niewinności" pokazuje, jak ważne jest wspólne dorastanie i że dziewczęce więzi mogą być fundamentem na całe życie – nawet jeśli dorosłość potoczy się bardzo różnie. Każda z was, która pamięta to wyjątkowe lato, kiedy dzieciństwo na zawsze się skończyło, odnajdzie się na pewno w jednej z przyjaciółek. Przygotujcie chusteczki, bo bez łez się nie obejdzie.

Marzę, by obejrzeć każdy z tych filmów z moją Zuzią, kiedy będzie na to gotowa. Będę musiała poczekać jeszcze dobrych kilka lat, ale już nie mogę się doczekać obserwowania jej reakcji. Czy te trzy opowieści staną się dla niej tak ważne, jak dla mnie? Bardzo mnie to ciekawi. Bo o tym, że problemy nastolatek z lat 90. będą rezonować z doświadczeniami dziewczynki z XXI wieku, jestem przekonana. Wbrew pozorom, świat dzisiejszych dzieci wcale nie różni się tak bardzo od dawnego świata ich rodziców.