Parawany nad morzem
Parawany nad morzem Fot. Piotr Kamionka/East News

Wyciągnęli dywan, kilka leżaków, zagarnęli dla siebie piaskownicę i wyjęli sześciopak piwa. Ustawianie parawanów to nie tylko domena "Januszów znad morza". W miastach nawet w przestrzeni publicznej ludzie lubią mieć kawałek gruntu dla siebie.

REKLAMA

Parawaning to umiejętność narodowa Polaków. I nie dotyczy tylko nadmorskich wyjazdów, w dużym mieście ogrodzenia przestrzenne ludzie stawiają nawet na niewielkich placach zabaw. W weekendy warszawiacy biegają od targów śniadaniowych do parków i na bulwary. Gdziekolwiek uchowa się kawałek przestrzeni do pooddychania świeżym powietrzem.

A takie wyjście to impreza społeczna, coraz częściej nie wychodzi się tylko ze swoimi pociechami, ale umawia z "dzieciatymi" znajomymi, by celebrować rodzicielstwo i życie towarzyskie.

By pomieścić wszystkich chętnych na śniadanie na trawie, nie można gnieść się na jednym kocyku. Potrzeba prawdziwej infrastruktury, wszak śniadanie przeciągnie się do obiadu, a może i podwieczorku. Oby tylko był krzaczek, gdzie można wysadzić dzieci.

Ostatnio miałam okazję zabrać dzieciaki nad Wisłę. W okolicach Pomniku Sapera jest plac zabaw, na którym postawiono kilka atrakcji dla dzieci, zadbano o leżaki dla rodziców i wyżywienie (gofry i frytki) dla całej rodziny.

W rogu usadowiło się "rodzicielskie grono". Rozłożyli się na leżakach, kilku dywanikach i otoczyli zgrabnym kołem piaskownicę, która służyła jako dodatkowa ławka do siedzenia, a nie miejsce zabaw dzieci. Zagarnęli zabawki, które leżały na placu, choć znów, żadne z dzieci się nimi nie bawiło. A te, które chciały, nie mogły z nich skorzystać.

Koło leżaków stały butelki z piwem, choć w tym miejscu można kupić tylko butelki 0 proc., a wesoła gromadka najwyraźniej spędziła już w tym miejscu kilka godzin.

Zgrabne podwórko, które utworzyli, zdecydowanie przywodziło nam myśl nadmorski parawaning. Nie byli jedyni. Z drugiej strony placu również bawiła się rodzina, która rozwinęła ogromny dywan i ustawiła wokół niego swoje leżaki.

Te dwa osobiste podwórka ograniczały przestrzeń do zabawy dla dzieciaków, ale i wydzielenie miejsca dla nowych wypoczywających, którzy chcieliby skorzystać z infrastruktury placu zabaw dla siebie i dzieci.

Nie mówiąc już o tym, że nadzór rodzicielski odbywał się z daleka. Rodzice raczej usadzili się, niż aktywnie uczestniczyli w zabawach z dziećmi. Kilka matek krzyczało z daleka "tam jest za wysoko", "nie idź tam, bo tam bawią się dzieci", "trzymaj drzwi do domku otwarte, bo muszę cię widzieć".

Ale parawaning miejski to nie tylko domena nadwiślańska. Wiele jest miejsc, gdzie rodzice rozkładają się na kilku ławkach, by "torba dla maluszka" mogła odpocząć, bądź odgradzają się opartymi o ławkę hulajnogami i rowerami.

Fajnie byłoby jednak korzystać z przestrzeni wspólnej razem, a nie tworząc osobne obozy.

Czytaj także: