
W tym roku na majówkę poleciałam za granicę – moja siostra od wielu lat nie mieszka w Polsce i uznałam, że kilka dni wolnego to świetna okazja, żeby ją odwiedzić Od samego początku, kiedy nadawałam bagaż na lotnisku, zaczęłam obserwować pięcioosobową rodzinę, która leciała z przesiadką do Stanów Zjednoczonych. Szybko zaczęłam współczuć matce tych dzieci...
Logistyka na medal
Kiedy nadawałam na lotnisku bagaż, zwróciłam uwagę na pięcioosobową rodzinę przede mną: mamę, tatę, śliczną na oko 5-letnią dziewczynkę i dwóch chłopców mniej więcej w wieku 3 i 8 lat. Nie ukrywam, że kilka razy zerknęłam na mamę tych dzieci z zazdrością – zawsze marzyłam o dużej rodzinie, ale życie tak mi się potoczyło, że mam tylko jednego, zresztą już dorosłego, syna. Na pierwszy rzut oka wydawali mi się rodziną idealną. Jak z obrazka.
To był lot poranny, więc wszyscy poza dziećmi byli zaspani i zmęczeni. Od razu zauważyłam, jak bardzo zorganizowana jest mama tych dzieci. Mieli ze sobą kilka walizek, które nadawali: mama działała jak w zegarku, jednocześnie pilnując walizek, paszportów i dzieci, które plątały się jej pod nogami. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. "Nie biegaj", "Stań tutaj", "Zaraz zdejmiesz kurtkę" – ta kobieta miała chyba oczy dookoła głowy.
W tym czasie jej mąż, i jak się domyślam ojciec dzieci, stał nieco z boku. Uaktywnił się tylko na chwilę, żeby zrobić najmłodszemu dziecku zdjęcie, jak ciągnie swoją mikro-walizkę i próbuje położyć ją na taśmę przy stanowisku do nadania bagażu. Faktycznie było to bardzo słodkie, ale wydawało mi się jakieś zbędne w całym tym chaosie, który generowała ta rodzina. Gdy oddali już wszystkie swoje walizki, oddalili się w stronę kontroli bezpieczeństwa. Nie zastanawiałam się nad tym, że niedługo będę mogła ich obserwować dalej i to z bliska.
Podróż pełna wrażeń
Ale okazało się, że rodzina, którą obserwowałam w kolejce, siedziała dosłownie rząd przede mną. To był mały samolot, więc nie zmieścili się wszyscy w jednym rzędzie – po jednej stronie siedziała mama z jednym dzieckiem, dosłownie przede mną, a po drugiej stronie siedziała pozostała dwójka dzieci. Mąż poszedł do rzędu przed nimi.
I po drodze już marudził, że... będzie siedział sam. Jego żona odparła, że mogą się zamienić, ale finalnie to ona została w rzędzie z dziećmi. I zanim jeszcze samolot wystartował, usłyszałam słowo "Mamo" więcej razy niż w moim całym dotychczasowym życiu.
"Mamo, zepsuł mi się zegarek", "Mamo, chcę pić", "Mamo, chyba samolot się zderzy", "Mamo, wieje", "Mamo, boję się", "Mamo, już się nie boję", "Mamo, chcę jeść", "Mamo, jak zapiąć się tym pasem" – to naprawdę nie miało końca. W tym czasie mama odpowiedziała na każde pytanie, naprawiła zegarek, zapięła wszystkim pasy, dała pić, obiecała, że jedzenie będzie niedługo.
Chcąc nie chcąc podsłuchałam, że ta rodzina leci do Stanów Zjednoczonych, więc czekała ich jeszcze przesiadka. Patrzyłam na tę kobietę pełna podziwu i przerażenia. Wyglądała na wykończoną. Nie wiem, skąd przyjechali, ale ja na lotnisko miałam tylko 10 km, a musiałam tego dnia wstać o 5.30 rano. Zastanawiałam się, czy ona w ogóle spała.
Tata nie na medal
Podczas całej około 2-godzinnej podróży nie widziałam ani razu, żeby ojciec odwrócił się do tych dzieci i zwrócił im uwagę czy w czymś pomógł. Dzieciaki przez cały czas dokazywały, dosłownie męczyły swoją mamę: upominały się o uwagę, chciały do łazienki, wierciły się, chciały jeść, pić, ciągle coś.
Ta kobieta ledwo widziała na oczy i w pewnym momencie poprosiła swoje dzieci o dosłownie 5 minut przerwy. Rozłożyła się na fotelu, podłożyła bluzę pod głowę i zasnęła przy dźwiękach dalszych krzyków "Mamo, mamo, mamoooo!".
A w tym czasie jej mąż rozmawiał i śmiał się ze współtowarzyszką podróży, kobietą która siedziała obok niego. I nie, nie węszę od razu romansu i podrywu, ta kobieta była zdecydowanie sporo starsza od niego. Chodzi mi jednak o to, że nie kiwnął nawet palcem, żeby tymi dziećmi podczas podroży się zająć. Wszystko było na głowie jego żony. On się po prostu nie poczuwał. Przecież to przerażające: czy naprawdę dzisiejsze ojcostwo polega tylko na tym, co przyjemne i zabawne? A to, co wymaga wysiłku i jest niewygodne, zrzuca się na kobietę? Byłam w szoku.
Historia bez happy endu
Nie wiem, jak potoczyła się dalsza podróż tej rodziny, bo gdy wyszliśmy z samolotu, poszliśmy w dwie różne strony. Jestem jednak pewna, że tego typu obrazek wcale nie był rzadkością w życiu tej kobiety: ona nie wyglądała nawet na złą, że wszystko jest na jej głowie. Raczej na przyzwyczajoną. Dzień jak co dzień.
Zastanawiam się jednak, jak to możliwe, że dorosły mężczyzna, ojciec trójki dzieci, w ogóle się nie poczuwa do tego, żeby się nimi zająć. Jak to jest możliwe, że nie chce chociaż trochę odciążyć swojej żony i przejąć stery nad rodziną, żeby ona mogła się kilka minut w spokoju zdrzemnąć? Co ciekawe, te dzieci w zasadzie nie zaczepiały swojego ojca, ciągle było tylko "Mamooo, mamo, mamo!".
I kiedy ta wspomniana mama próbowała się zdrzemnąć i rozsunęła swój fotel tak, że prawie mi wylądowała na kolanach, to nic nie powiedziałam. Było mi jej tak strasznie szkoda, że gdybym mogła, to bym jej nawet swoje miejsce oddała.
Wiem, co to znaczy być zdaną tylko na siebie, bo byłam samotną matką – mój mąż zginął w wypadku samochodowym wiele lat temu. Ale takiego samotnego macierzyństwa, kiedy "głowa rodziny" siedzi obok i zabawia jakąś obcą kobietę, to jeszcze nie widziałam.