Zakaz podwożenia dzieci do szkół w Krakowie wywołał burzę. Zadziała prawo Lewisa-Mogridge’a?

Dzieci nie muszą docierać do szkoły pieszo, ale wychodzenie z samochodu pod samymi drzwiami placówki też nie jest najlepszym wyjściem
Dzieci nie muszą docierać do szkoły pieszo, ale wychodzenie z samochodu pod samymi drzwiami placówki też nie jest najlepszym wyjściem Agencja Gazeta
Być może słyszeliście już, że Wiedeń do 2025 roku chce zredukować o 25 proc. liczbę przejazdów prywatnymi samochodami osobowymi, a jednym ze sposobów osiągnięcia tego celu jest projekt, który uniemożliwia rodzicom podwożenie dzieci pod drzwi szkoły. Teraz przykład ze stolicy Austrii chce wziąć Kraków.

Pilotażowy program austriacki
Przez cały wrzesień pracownicy jednej z wiedeńskich szkół ustawiali na wjazdach w ulice przenośne płoty, blokując ruch samochodowy pomiędzy 7.45 a 8.15. Postawiono też znaki drogowe informujące o czasowym zakazie wjazdów. Rozdawano ulotki, pojawili się policjanci i kamery.


Zarówno dzieci, jak i rodzice są zadowoleni z efektów pilotażu, a podobnego zakazu domaga się teraz 20 wiedeńskich szkół (!).


Potencjalny program krakowski
Jak powiedział “Gazecie Wyborczej” Bartosz Piłat z Zarządu Transportu Publicznego, urzędnicy wytypowali pięć krakowskich szkół, w których chcą przeprowadzić podobny pilotaż. Piłat zauważa jednak przeszkody: brak podjazdów pod szkołami ("czasowe zamknięcie drogi skomplikowałoby życie innym kierowcom"), problem z egzekwowaniem zakazów postoju i (być może przede wszystkim) panujące wśród rodziców i polityków przekonanie, że w mieście najważniejszy jest samochód.

O tym, że w Polsce rola pieszego i rowerzysty jest marginalizowana, świadczyć może chociażby sposób realizacji inwestycji tramwajowych. Nawet wraz z nową linią tramwajową, która teoretycznie ma być rozwiązaniem komunikacyjnych problemów i zachętą do porzucenia samochodów, buduje się drogi dwupasmowe.


Powód jest prosty: na owe dwupasmówki nie byłoby pieniędzy bez dotacji unijnych, a te faworyzują infrastrukturę szynową. Dlatego buduje się 2 w 1 – niby wilk syty i owca cała, a jednak polskie miasta i ich zakorkowanie, jakie są – każdy widzi.

Nie dziwi więc fakt, że nawet proekologicznie myślący rodzice nie są zadowoleni. Bo jak tu rzucić dziesięciolatka na pożarcie samochodom?

Rozwiązanie systemowe
Wielu rodziców przyznaje, że boi się o swoje dzieci podróżujące samotnie. Jednocześnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że jeśli sami podwożą dzieci do szkół, to generują wokół tych większy ruch i parkują tak, że dzieci na pasach nie są widoczne. Sami więc narażają je na niebezpieczeństwo, koło się zamyka.

Choć pojedynczy rodzic, który swoje dziecko wypuści samo z domu, świata nie zmieni, to rozwiązanie systemowe może to zrobić. Pilotaż podobny do austriackiego doskonale sprawdziłby się w warunkach małopolskich, zwłaszcza że krakowska komunikacja miejska świeci dla całego kraju przykładem.

Idealnie jednak nie jest; miasto powinno ułatwić poruszanie się rowerem (poprzez budowę ścieżek rowerowych i rozwój sieci rowerów miejskich) i zwiększyć znaczenie komunikacji miejskiej (tworzenie bus pasów i tzw. "zielonych fal sygnalizacji świetlnej" dla tramwajów, co niejako zmusi kierowców do porzucenia własnych aut). Przy krakowskim problemie ze smogiem to ma szczególne znaczenie.

Dziecięcy klasizm i nieporadność
Sami – jednocześnie tęskniąc za czasami, w których biegliśmy do domu z kluczem na szyi – pakujemy nasze dzieci do samochodu i sprawiamy, że zanikają ich kompetencje społeczne, nie kształtuje się u nich ani samodzielność, ani orientacja przestrzenna, stają się roszczeniowe. A my tylko dokładamy swoją cegiełkę do rozpowszechniającego się dziecięcego klasizmu.

Do smogu i zakorkowania ulic również.

Prawo Lewisa-Mogridge'a i paradoks Braessa
Dla wielu jednak najważniejszą kwestią jest to, czy czasowe zamknięcie dróg utrudni życie kierowcom. Bo jeśli tak – wszystkie ideały pójdą na marne, czasem do pracy nie da się dotrzeć inaczej niż własnym środkiem transportu.

Tymczasem prawo Lewisa-Mogridge’a mówi, iż poprawa przepustowości danej drogi (jej poszerzenie) powoduje również zwiększenie zainteresowania nią u kierowców, co prowadzi do jej korkowania oraz ogólnego zmniejszenia prędkości na danym odcinku.

Analogiczna sytuacja zachodzi podczas zwężania dróg – spada wówczas zainteresowanie kierowców, ruch zostaje uspokojony, a sama przepustowość wzrasta. Prawo to doskonale sprawdziło się po pożarze Mostu Łazienkowskiego, kiedy Warszawa bynajmniej nie stanęła w jednym wielkim korku.

Podwożenie dzieci powoduje zwiększenie ruchu w okolicy, a co za tym idzie – kierowcy domagają się parkingów i nowych (lub szerszych) dróg, co finalnie powoduje jeszcze większy ruch i korki. To nie fantazja, to tzw. paradoks Braessa.

Dla ich dobra
Zanim Polska na takie rozwiązania będzie gotowa, minie zapewne jeszcze trochę czasu. My jednak nie odwozić dzieci już pod same drzwi szkoły i pozwolić im na samodzielne przejechanie dwóch przystanków możemy już teraz.

I róbmy to nie tylko ze względu środowisko, ale również po prostu – dla dobra dzieciaków.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...

KALENDARZ CIĄŻY

TYDZIEŃ PO TYGODNIU

PRZEDSZKOLAK

ROZWÓJ I WYCHOWANIE