Takie historie z polskich porodówek nigdy nie powinny się wydarzyć.
Takie historie z polskich porodówek nigdy nie powinny się wydarzyć. Jarosław Kubalski / Agencja Gazeta

Godny poród w Warszawie – w moim przypadku to przykry żart. Musiało minąć 14 miesięcy od porodu, żebym miała siłę opisać to, co mnie spotkało. Nigdy nie zrozumiem, jak jedna kobieta może tak skrzywdzić drugą.

REKLAMA
Przeczytałam dziś artykuł "Uciekła ze szpitala z wenflonem w ręce. Monika pokazuje, jak to jest ronić po polsku" i tknęło mnie, żeby przesłać również moją historię porodową z wydawałoby się bardzo dobrego warszawskiego szpitala. Swoją historię opisałam też pod opinią o pani doktor z którą miałam nieprzyjemność rodzić na znanylekarz.pl. Cały czas waham się nad pozwaniem tej pani. Nigdy nie zrozumiem, jak jedna kobieta może tak skrzywdzić drugą.
Musiało minąć 14 miesięcy od porodu, żebym miała siłę opisać to, co mnie spotkało.
Moje dziecko miało masę 4110 gramów i długość 59 cm, obwód główki: 37 obwód klatki piersiowej 39 - wszystkie wymiary dziecka nie pozwalały na w pełni bezpieczny poród naturalny. Pani Doktor mimo próśb najpierw o znieczulenie - odmówiła w bardzo niemiłym tonie, widząc i słysząc moje cierpienie, nie zrobiła absolutnie nic, żeby mi pomóc, nie zdecydowała się również na cięcie cesarskie.
Pod koniec porodu, kiedy pękały mi kolejne tkanki przyszła i niezwykle opryskliwym tonem powiedziała: no cóż, trzeba urodzić. W wyniku rodzenia na siłę zbyt dużego dziecka doszło do urazu okołoporodowego, moje dziecko urodziło się z 2 krwiakami, (zaznaczam, że było to powikłanie okołoporodowe, nie było próżnociągu), które były tak duże 36 i 24 ml, że trzeba było je odsysać na neurochirurgii w szpitalu na Niekłajskiej. Spowodowana przez krwiaki asymetria jest rehabilitowana po dziś dzień.
U mnie zaś doszło do krwotoku. Dziecko napiło się mojej krwi w czasie porodu i w nocy zaczęło nią wymiotować, ja zaś byłam w takim stanie, że nie mogłam towarzyszyć mojej córeczce na oddziale neontologicznym na obserwacji, ponieważ nie byłam w stanie się ruszyć. Proszę sobie wyobrazić, co czuje mama w takiej sytuacji.
Podczas szycia krocza - miałam założonych 8 szwów - Pani doktor mówiła dalej niezwykle niemiłym tonem:
– Proszę się nie ruszać, bo nie mam ochoty co 2 tygodnie przez parę miesięcy przez Panią jeździć i dostawać zastrzyki w zakaźnym.
Kiedy zgłaszałam ból, mówiła bardzo opryskliwym tonem:
– Niech się Pani na dziecku skupi.
Szycie wykonała fatalnie, tak że krocze jest do nacięcia i szycia jeszcze raz, powstał też bliznowiec, który musiałam usuwać.
Przez całe swoje życie nie doświadczyłam tak fatalnego podejścia do mnie jako pacjenta i to w tak ważnej dla kobiety chwili. Poród w towarzystwie tej pani doktor pozostanie dla mnie traumą do końca życia.
Przerażające, że sytuacja w Polskich szpitalach dalej tak wygląda. Swoją historię opisałam dla potwierdzenia, że nie jest dobrze.
Imię autorki listu zostało zmienione.

Opisz swoją historię: marta.kabulska@mamadu.pl