
Maria Caldarar, obywatelka Rumunii, zgłosiła się ze swoją córką do poznańskiej przychodni. Nie otrzymała jednak pomocy, bo jak mówi, jest Cyganką. Lekarka tłumaczy natomiast, że kobiety nie miały dokumentów, a skoro PESEL nie działał, to nie ma obowiązku przyjęcia pacjenta - informuje poznański oddział Gazety Wyborczej.
REKLAMA
Matka pracuje, dzieci się uczą
Maria Caldarar od dwóch miesięcy mieszka w mieszkaniu treningowym w ramach programu Urzędu Miasta Poznań i organizacji pomagającej Romom. Od kilku lat pracuje w szkole podstawowej, również jej dzieci regularnie uczęszczają do szkoły. Rodzina do niedawna mieszkała na koczowisku.
Maria Caldarar od dwóch miesięcy mieszka w mieszkaniu treningowym w ramach programu Urzędu Miasta Poznań i organizacji pomagającej Romom. Od kilku lat pracuje w szkole podstawowej, również jej dzieci regularnie uczęszczają do szkoły. Rodzina do niedawna mieszkała na koczowisku.
W piątek rano Ewa, córka Caldarar źle się poczuła i matka uznała, że dziecko potrzebuje pomocy specjalisty. Ponieważ wcześniej nie udało jej zapisać się do pobliskiej placówki, postanowiła, że pojedzie tam, gdzie, jak sama mówi, jest znana - do przychodni na os. Zwycięstwa w Poznaniu, z której korzystała, mieszkając jeszcze na koczowisku.
Nie ma dokumentów, nie ma pomocy
Tam udało się zarejestrować dziecko. Wizyta miała odbyć się o godzinie 11, więc Maria i Ewa czekały na korytarzu. Do wizyty jednak nie doszło, bo jak opowiada "Gazecie Wyborczej" Maria, gdy lekarka zobaczyła, że kobiety są Romkami, powiedziała, że ich "nie przyjmie, że PESEL córki nie działa, że nie mają ubezpieczenia, więc muszą wyjść". Kobieta dodaje, że pani doktor "złapała ją za kurtkę i wyprowadziła z gabinetu".
Tam udało się zarejestrować dziecko. Wizyta miała odbyć się o godzinie 11, więc Maria i Ewa czekały na korytarzu. Do wizyty jednak nie doszło, bo jak opowiada "Gazecie Wyborczej" Maria, gdy lekarka zobaczyła, że kobiety są Romkami, powiedziała, że ich "nie przyjmie, że PESEL córki nie działa, że nie mają ubezpieczenia, więc muszą wyjść". Kobieta dodaje, że pani doktor "złapała ją za kurtkę i wyprowadziła z gabinetu".
Grażyna Drygalska-Hanz, lekarka z przychodni „Grupowa praktyka” na os. Zwycięstwa, zapytana przez dziennikarkę o całe zajście argumentuje, że "oni tu przychodzą cały czas, nie mają papierów, wchodzą do gabinetów bez kolejki, awanturują się. Może trzeba coś z nimi zrobić, bo my nie możemy ich przyjmować".
Na oczach dziecka
Nie pomógł fakt, że matka jest ubezpieczona, córka chodzi do szkoły i nawet pracodawcy Marii chcieli przez telefon potwierdzić, że kobieta jest pracownicą szkoły państwowej. Drygalska-Hanz broni się, mówiąc, że "co ją obchodzi jakiś telefon" skoro PESEL wyświetlał się w systemie na czerwono, pacjentka nie miała papierów, a poza tym Marii "nie podobało się, że musi czekać". I dodaje, że "w końcu ją przyjęła, więc nie wie, o co chodzi".
Nie pomógł fakt, że matka jest ubezpieczona, córka chodzi do szkoły i nawet pracodawcy Marii chcieli przez telefon potwierdzić, że kobieta jest pracownicą szkoły państwowej. Drygalska-Hanz broni się, mówiąc, że "co ją obchodzi jakiś telefon" skoro PESEL wyświetlał się w systemie na czerwono, pacjentka nie miała papierów, a poza tym Marii "nie podobało się, że musi czekać". I dodaje, że "w końcu ją przyjęła, więc nie wie, o co chodzi".
Podczas całego zamieszania na miejscu pojawiła się policja i lekarka ostatecznie zbadała dziewczynkę. Stwierdziła, że ta jest zdrowa i nie potrzebuje leków. Głos w sprawie zabrała również Anna Cąkała, która opiekuje się romską rodziną. Przyznała, że próbowała interweniować i nie może uwierzyć, że doszło do takiej sytuacji. Szczególnie że pomocy potrzebowało dziecko. Ostatecznie matka udała się z córką na izbę przyjęć do dziecięcego szpitala im. Krysiewicza i tam Ewa została zbadana przez lekarza.
Może cię zainteresować także: Pozwała szpital, bo odmówiono jej cesarskiego cięcia. Waga dziecka robi wrażenie
Źródło: poznan.wyborcza.pl